Please assign a menu to the primary menu location under menu

Peru

Peru

Machu Picchu – punkt obowiązkowy, czy turystyczna pułapka?

MachuPicchuMP w wersji pocztówkowej

Planując wyjazd do Peru nie sposób pominąć wizyty w Machu Picchu.

Legenda zaginionego miasta, ukrytego w porośniętych dżunglą górach ma niezwykłą moc przyciągania. Tak niezwykłą, że otoczka tego Cudu Świata zamieniła się w wielką turystyczną pułapkę. Przynajmniej w mojej opinii.

Dzisiaj więc wpis nieco inny niż zwykle, bez opisów lisich przygód.

Dlaczego drugi raz nie wybrałabym się do Machu Picchu? Powodów jest kilka!

  1. Podróż do Machu Picchu jest kosztowna i długa, albo mniej kosztowna i bardzo długa. Możemy się zdecydować na pociąg z Ollantaytambo do Aguas Calientes, który kosztuje majątek (ok. 200 USD i więcej), stamtąd natomiast podróż do samego MP pieszo lub busikiem (my w cenie naszego biletu mieliśmy też bilet na busa w jedną stronę, jednak uważajcie! Już od wczesnych godzin porannych ustawiają się ogromne kolejki do busów!). Drugi, tańszy ale dłuższy sposób to bus z Ollantaytambo do stacji Hydroelectrica, a stamtąd marsz wzdłuż torów do Aguas Calientes. Sam bilet do MP to koszt od 70 USD (najtańsza opcja w 2018).
  2. Wszystkie drogi prowadzą do…Aguas Calientes. Jest to chyba najbardziej jarmarczne, drogie i nastawione na wyzysk miejsce na kontynencie. Tu ceny liczy się w amerykańskich dolarach i to w dużej ich ilości. Ta miejscowość to coś w rodzaju naszego Zakopanego, tylko że bardziej. O wiele bardziej!
  3. Tłok i tłum i jeszcze raz… tłok. Ilość ludzi na m2 sprawia, że przez cały czas poruszamy się w czymś w rodzaju długiej kolejki. Sztandarowa fotka? OK, ale najpierw kolejkowanie aż słynne miejsce z widokiem na ruiny miasta się zwolni. Selfie z lamą? Pewnie, ale w towarzystwie kilku innych osobników pozujących pod różnym kątem;)
  4. Ilość miejsc ograniczona! Limit ilości osób (obecnie 2500/dzień), które mogą codziennie wizytować Machu Picchu to akurat dobre rozwiązanie. Dlaczego jest to również wada? Już tłumaczę! Bilet do MP często trzeba kupować z wyprzedzeniem, żeby mieć pewność, że się tam znajdziemy. Dlatego też cały plan podróży „kręci się” wokół tegoż wydarzenia, a jakieś zaburzenia mogą nam nieźle pokrzyżować plany. Poza tym warto wiedzieć, że poza wejściem do samego Machu Picchu można (oczywiście za dodatkową opłatą) wejść na jedną z dwóch gór – Huayna Picchu (to ta duża góra „z tyłu”, zawsze widoczna na pocztówkowych widokach), albo Machu Picchu Montana (to z niej rozpościera się świetny widok na MP z góry (zobaczcie zdjęcia poniżej). Liczba osób, które mogą dziennie wejść na Huayana Picchu to 400, natomiast Montane może wizytować 800 sztuk.
  5. Chcesz się dowiedzieć czegoś więcej? Wynajmij przewodnika! Na terenie MP nie uświadczymy tabliczek z wyjaśnieniami i historią poszczególnych miejsc. Chcąc posiąść dodatkowe informacje należy zapłacić za usługi przewodnika. Tabuny krążą niczym sępy przed wejściem do parku.

Oczywiście nie można pozostać wyłącznie negatywnym!

Położenie miasta i otaczająca je przyroda, a także świadomość, że pozostawało ono w ukryciu przez tak długi czas (a wcześniej świetnie prosperowało, mimo niemałej odległości od „cywilizacji”), robią wrażenie.

Widoki gór i dżungli dookoła są niesamowite, co z resztą widać na zdjęciach. Spacerujące lamy również dają radość. Machu Picchu jest z pewnością fotogeniczne i urokliwe. Ale ciężko napawać się nawet najdorodniejszymi lamami i najbujniejszą roślinnością, gdy niemal bez przerwy jest się otoczonym przez niezliczony tłum.

 

 

Peru

Cusco i Święta Dolina Inków

cusco

Na mapie niemal każdej podróży po Peru widnieje Cusco i Święta Dolina Inków.

Leżące na wysokości ok. 3400 m n.p.m. Cusco kojarzone jest przede wszystkim jako stolica Imperium Inków. Rolę tę pełniło nieprzerwanie, aż do hiszpańskiej inwazji w XVI wieku. Nazwa miasta (oryginalnie z języka Aymara: Qusqu, dzisiejsza nazwa wynika z jej przeinaczenia przez Hiszpanów) tłumaczona jest często jako „pępek świata”. Istnieją też inne wyjaśnienia, według których nazwa jest związana z legendą o powstaniu miasta. Tych jednak też jest kilka. Niemniej jednak, Cuzco dla kultury Inków było wyjątkowe –  może o tym świadczyć chociażby fakt, że zostało zaprojektowane tak, by z lotu ptaka, swym kształtem przypominać pumę – święte dla nich zwierzę. Co ciekawe,  miasto otoczone było murem z olbrzymich kamieni, których sposób transportu  z kamieniołomu do dziś pozostaje zagwozdką – podobnież Inkom nie znane było koło. Już sama lektura przewodnika wychwalającego Cusco jako miejsce wyjątkowe utwierdza każdego wizytatora Peru, że tam znaleźć się trzeba. A jak wyglądała wizyta z lisiej perspektywy?

Do legendarnej stolicy Imperium Inków, Cuzco, dotarliśmy o świcie po całonocnej podróży z La Paz. Odpocząwszy nieco zabraliśmy się za zwiedzanie.

Na początek rekonesans centrum. Jak już wspominałam, każde peruwiańskie miasto i miasteczko ma swoje Plaza de Armas. Oczywiście, nie inaczej jest w Cusco. Poza monumentalną katedrą, kolonialny plac zdobi fontanna, nad którą góruje pomnik Inki. Wokół tłumy, głównie turystów. Są i miejscowi, jednak nie ci, zajęci swoimi sprawami, jak w innych miejscach. Tutejsi raczej próbują dorobić, to poprzez propozycje sfotografowania się w ich towarzystwie, to nawołując przybyszy do skorzystania z ich hosteli, restauracji, zakupu rękodzieła itp. Oczywiście ten folklor na siłę jest męczący, ale przyznaję – zdjęcia z autochtonami i alpaką odmówić sobie nie umiałam. 

Plaza de Armas, Cuco
Plaza de Armas
Fontanna w centrum Cusco
W centrum Cusco
Turtystyczne „must have” 😉

Po południu odwiedzamy Muzeum Inków, w którym staramy dowiedzieć się tego i owego o ich zwyczajach i kulturze. Wieczór natomiast spędzamy w planetarium – w końcu byliśmy na półkuli południowej, warto więc zobaczyć tą „inną” część nieba. Poza obserwacjami, posłyszeliśmy też liczne opowieści, inkaskie legendy i ciekawostki, np. gdzie na niebie zobaczymy lamę.

Po uliczkach Cusco błąkać się można bez końca.

Wędrując to w górę, to w dół możemy podziwiać krajobraz miasta z coraz to innej perspektywy. Niestety, ciężko się pozbyć ciągłego poczucia „turystyczności”. Ponieważ czas zaoszczędzony na niedoszłym Salkantay Trek trzeba było jakoś wykorzystać, zaaplikowaliśmy więc piwko i decyzja nadeszła natychmiast – ucieczka do Amazonii.

Uliczki Cusco
Uliczki Cusco

Po powrocie z dżungli kontynuowaliśmy przygodę z Cusco.

Zwiedziliśmy „od środka” katedrę, kilka kościołów i monastyr św. Dominika. Poszwędaliśmy się jeszcze po uliczkach urokliwej dzielnicy San Blas starając się unikać nawoływań na masaże i frytki. Widok miasta z różnych punktów faktycznie robi wrażenie, zobaczcie z reszą sami!

Widoki na Cusco
Widoki na Cusco

Plaza de Armas

Następnego dnia rano wyruszyliśmy do Świętej Doliny Inków.

Nieszczęściem tej eskapady było to, że musieliśmy uczestniczyć w nielubianym przez nas zwiedzaniu zorganizowanym, zwanym potocznie „januszowaniem”;) Był to substytut naszego niedoszłego trekkingu (inaczej nie odzyskalibyśmy zainwestowanych uprzednio środków). Jak to na takich grupowych obwozach, lekko nie było – styl „15 min na zdjęcie, do autobusu, 30 min na suweniry i dalej” delikatnie mówiąc mi nie leży. Tak czy siak, z braku laku, grzecznie podążyliśmy ze stadem na podbój Świętej Doliny.

Dolina rzeki Urubamba
Dolina rzeki Urubamba

Na początek, Park Archeologiczny w Pisac (po drodze postój, a jakże, na jakimś parkingu z suwenirami…). zapomniałam chyba wspomnieć o rzeczy niezwykle istotnej. Otóż Inkowie wielkim szacunkiem darzyli niektóre zwierzęta i na różne sposoby oddawai im hołd. Jednym z takich wyrazów uznania było budowanie miast na planie kształtu tychże animalii. Tak, tak – gdybym ja była Inką zbudowałabym swoją osadę na planie lisa:) Niemniej jednak, wracając do Świętej Doliny – Pisac zbudowany był na planie kuropatwy. W czasach Inków, było to dość dobrze prosperujące  i istotne miasto, niestety Hipszpanie zrównali je z ziemią. Dzisiaj pozostają tam tylko ruiny (m. in. inkaskiego cmentarza w postaci jam w skale – ok. 10 tysięcy!) oraz świetnie zachowane tarasy uprawne.

Tarasy w Pisac
Tarasy w Pisac

Na zapoznanie się z ruinami mamy jakieś 45 minut, a potem znowu: hop do autobusu i transport na….targ z suwenirami. Po dogłębnym zwiedzaniu targowiska jedziemy do miejscowości Urubamba, gdzie dane nam jest spożyć obiad. Na koniec dnia i deser tejże cudownej wycieczki – ruiny w królewskim mieście – Ollantaytambo. Miasto zbudowane na dwóch wzgórzach robi wrażenie nie tylko ze względu na archeologiczne perełki. Zabudowa Ollantaytambo jest ściśle zachowana i dzięki temu możemy przekonać się jak wyglądało inkaskie miasto „w oryginale”.

Ruiny Ollantaytambo
Ollantaytambo
Inkaskie spichlerze

Do wieczora włóczyliśmy się po wąskich inkaskich uliczkach, po czym zapakowaliśmy się do pociągu udającego się do Aguas Calientes. Nazwa zapewne mówi Wam niewiele, ale już tłumaczę – jest to miejscowość wypadowa do Machu Picchu. A przy okazji najbardziej turystyczne miejsce całej Ameryki Południowej i okolic. A dlaczego? O tym w następnym odcinku:)

 

Peru

Oko w oko z dżunglą – Amazonia po peruwiańsku.

amazonia

Wizyta w Amazonii była nieplanowana, ale jak to często bywa ze spontanicznymi decyzjami, najlepsza na świecie!

Dlaczego nieplanowana? Początkowo bowiem planowaliśmy 5-dniowy „Salkantay trek” z Cuzco do Machu Picchu. Niestety, jak już wcześniej pisałam, moje wysokościowe przygody nie miały najlepszego przebiegu (himalaistką chyba więc nie zostanę), toteż konieczna była zmiana planu. Jak powszechnie wiadomo, plany najlepiej snuje się przy dobrym piwku. Zaaplikowaliśmy takowe (w Cuzco mają krafty:)). Wybór padł na próbę przedostania się do dżungli. Amazonia od zawsze mnie fascynowała, a kilka dodatkowych dni, które zyskaliśmy rezygnując z trekkingu wydawały się idealne.

Następnego, dość chłodnego i deszczowego dnia pielgrzymowaliśmy po niezliczonych agencjach turystycznych porównując oferty (do dżungli wypada mieć jakiegoś lokalnego przewodnika, bo nietrudno tam zaginąć, bądź zostać przez coś zjedzonym).

Zdecydowaliśmy się na trzy dni w Parku Narodowym Tambopata.

Ponieważ nasz czas był ograniczony (mieliśmy już bilety do Machu Picchu, które są wystawiane na określony dzień), zafundowaliśmy sobie pakiecik. W cenie noclegi, wyżywienie i oczywiście miejscowy przewodnik wraz z maczetą. Cuzco i Puerto Maldonado – bazę wypadową do wybranego przez nas rejonu Amazonii dzieli niemal 500 km.  Podróż autobusem trwa około 10 godzin (wyjazd wieczorem i około 6 rano jest się na miejscu). W Puerto Maldonado zostaliśmy przechwyceni przez podstawionego osobnika i przewiezieni do biura miejscowej agencji. Byliśmy ogromnie chętni wyruszyć jak najszybciej, ale zamiast przeprawy do dżungli oferowano nam herbatkę z koki i kanapki…

Nakazano nam też dobranie odpowiedniego rozmiaru gumiaków (kto oglądał „Boso przez świat” ten wie, że bez lokalsa i kaloszy do dżungli  nie idziemy!).

Po przeszło dwóch godzinach czekania pojawił się wreszcie nasz przewodnik, kalosze były dopasowane, a zatem wyruszyliśmy. Aby dostać się do miejsca przeznaczenia, czyli koczowiska położonego nad brzegiem Jeziora Sandoval musieliśmy najpierw przepłynąć kawał wzdłuż rzeki Madre de Dios na pokładzie łódki motorowej, następnie przemaszerować kilka kilometrów pieszo, a na na koniec przeprawić się łódką (tym razem napędzaną wiosłami) na drugi koniec jeziora. Trzeba przyznać, że nie spodziewaliśmy się aż tak skomplikowanej procedury. Niemniej jednak już sama przeprawa była niesamowita. Zanim zdążyliśmy dotrzeć do koczowiska dane nam było ujrzeć sporego kajmana, leniwca, żółwie, ariranie (olbrzymie wydry rzeczne) i niezliczoną ilość ptactwa.

 

Park Tambopata, Madre de Dios
W drogę!
Rzeka Madre do Dios
Rzeka Madre do Dios
Nasz kierowca:)
Park Narodowy Tambopata
W gotowości eksploracyjnej
Jezioro Sandoval, Peru
Jezioro Sandoval

Każdego dnia spędzonego w Amazonii robiliśmy kilka mini-eskapad.

O świcie wyprawa na obserwację olbrzymich papug makao, które akurat wtedy wyruszają na żer. W ciągu dnia śledziliśmy ptactwo i małpy, wieczorem natomiast pływaliśmy z latarkami po jeziorze w poszukiwaniu kajmanów i żab. Podjęliśmy też nieudaną (chyba na szczęście) próbę znalezienia anakondy. Nasz przewodnik ciągle zaskakiwał nas niesamowitą wiedzą na temat amazońskiej flory i fauny. Słyszeliście kiedyś o chodzących palmach i zabójczych mrówkach? Wszystko to w Amazonii znajduje się niemal na wyciągnięcie ręki (warto zatem uważać). Poza wyprawami pieszymi i po jeziorze mogliśmy nauczyć się władać maczetą, albo wylegiwać się w hamakach napawając się niesamowitą ilością zieleni, która nas otaczała. W koronach drzew, codziennie o tej samej porze, przemieszczają się stada małp. Ze wszystkich stron, niezależnie od pory, słychać najróżniejsze dźwięki – dżungla nigdy nie śpi. Czasami dźwięki potrafią zaskoczyć. Pewnego poranka posłyszeliśmy donośne ryczenie. Byliśmy niemal pewni, że oto w pobliżu grasuje jakiś dziki kot. Nic bardziej mylnego! Szybko wyjaśniono nam, że sprawcą owych dźwięków jest małpa, nie bez przyczyny zwana wyjcem. Jakie odgłosy generuje ów stwór sprawdźcie sami: wyjec

Park Narodowy Tambopata
Leniwe żółwie
Makao w Peru
Makao
Park narodowy Tambopata
Przez dżunglę!
Małp nie brakuje
Hoacyn w Amazonii
Hoacyn – przed drapieżnikami broni się…smrodem!
chodząca palma w Peru
Chodząca palma
Olbrzymie drzewa w Amazonii
I wielkie drzewo!
Maczeta w Peru
Bez maczety ani rusz!

 

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy – przyszła pora wyjazd (bądź też wypłynięcio-marszo-wypłynięcie). Ostatnie kilka godzin w tej peruwiańskiej Amazonii spędziliśmy w miasteczku. Spędziliśmy je włócząc się po miejscowym targu, obserwując tubylców, a w końcu oglądanie finałowego meczu EURO w jednym z lokalnych barów.

Centrum Puerto Maldonado
Centrum Puerto Maldonado
Targ w Puerto Maldonado
Na lokalnym targu
Najdłuższy most w Peru
Najdłuższy most w Peru

Jedno  jest pewne: Amazonia jest przepiękna i żałuję, że nie mieliśmy czasu na dłuższą wizytację.

 

Peru

Cabanaconde, Kanion Colca i kondory

Kanion ColcaColca o poranku

To zdecydowanie jedno z piękniejszych miejsc, jakie dane mi było wizytować. Również jego baza wypadową – Cabanaconde często powraca we wspomnieniach z Peru.

Kanion Colca, bo o nim mowa to miejsce, do którego się dzisiaj przenosimy. Zacznijmy jednak od początku! Podróż z Arequipy do Cabanaconde lokalnym autobusem trwa ok. 6 godzin. Przygoda rozpoczyna się już na dworcu. Destynacji i przewoźników jest mnóstwo. Poza znanymi powszechnie okienkami kas, typowym dla wielu pozaeuropejskich krajów zjawiskiem są nawoływacze. Dziesiątki takowych spacerują po dworcu krzycząc nazwy miast, do których bilety chcą nam sprzedać. Nikt nie jest przy tym nachalny, chociaż konkurencja nie śpi. Co ciekawe, w Peru oprócz opłaty za bilet (w naszym przypadku było to 17 soli) płaci się tzw. opłatę dworcową (ok. 1,5-3 sole [1 sol to ok. 1 PLN], w zależności od miejsca). Jak wspomniałam postawiliśmy na lokalny środek transportu co samo w sobie było interesujące. Autobusem podróżowało mnóstwo miejscowych, z najróżniejszego typu pakunkami i ładunkami (Arequipa jest dużym miastem, większość sprawunków i zakupów trzeba stamtąd do mniejszych miejscowości zawieźć). Do tego co jakiś czas dosiadali się do nas, pojawiający się znikąd i pobierani na pokład  handlarze różnymi elementami (od lodów, przez zioła, po książki), którzy po wygłoszeniu przemów wychwalających swe produkty i ewentualnych transakcjach, wysiadali w środku niczego.

Kolejny dzień rozpoczęliśmy peruwiańskim śniadaniem i dziarsko ruszyliśmy na podbój kanionu Colca.

Tu warto zaznaczyć, że Kanion Colca jest drugim najgłębszym kanionem na świecie (wygrywa położony nieopodal Cotahuasi), przy czym jest on dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu w USA!

Ponadto z Kanionem Colca wiąże się dość silny polski akcent, a narodowość Polska wywołuje dużo radości wśród autochtonów (w miejscowościach okalających Kanion znajdziemy i Avenidas Polonias, i pomniki/tablice poświęcone Polakom). Otóż to właśnie Polacy jako pierwsi, w 1981 r.) przepłynęli Kanion Colca (z wyłączeniem 20 km) kajakiem.

Wróćmy jednak do naszej konfrontacji z Colca. Pozostawiliśmy rzeczy w hostelu na dwa dni. Plan zakładał zejście, nocleg w kanionie i powrotna wspinaczkę dnia następnego…

W Cabanaconde

Samo Cabanaconde sprawia wrażenie miasteczka na końcu świata. Wszystko wydaje się żyć swoim powolnym rytmem.

Lokalsi na ryneczku spożywają śniadanie z ulicznego straganu, obok starsza pani zachęcą do zakupu „zupy z głowy” (caldo de cabeza). Peruwiańskie dzieciaki maszerują do szkoły, która tylko dzięki tabliczce daje się rozpoznać jako „instytucja edukacyjna”. Muszę przyznać, że bardzo mi się ten spokojny koniec świata spodobał. Zanim zaczęliśmy wędrówkę, popytaliśmy jeszcze w miasteczku o możliwość zakupu biletów do Kanionu Colca, o których słyszeliśmy,  że są niezbędne. Z informacji wynikało, ze na trasie na pewno spotkamy kontrolera, który również sprzeda nam bilet.

Czas leci, nie ma na co czekać, wiec dziarskim krokiem udajemy się na „szlak”. „Szlak” w cudzysłowie, bowiem oznaczenia praktycznie nie istnieją. Zdecydowaliśmy się zejść do Llahuar Lodge i kierowaliśmy się po strzałkach wymalowanych od czasu do czasu na kamieniach. Na szczęście droga jest w miarę wydeptana i nie zaginęliśmy w akcji, ale przy deszczu, albo gorszej pogodzie mogłoby być gorzej.

Zaraz po opuszczeniu wioski, naszym oczom ukazuje się niesamowity widok Kanionu Colca.

Kanion Colca

Udało nam się nawet zobaczyć kondora, niestety nie został udokumentowany. Trasa w dół okazała się dość wymagająca, a moje prawe kolano wydało się szczególnie niezadowolone ze stanu rzeczy… Niemniej jednak po ok. 5 godzinach marszu osiągnęliśmy „poziom rzeki”. Potem jeszcze chwila wspinaczki i dotarliśmy do Llahuar Lodge! Zmęczenie nasze było dość znaczne, wiec w pierwszej kolejności zamówiliśmy zimne piwko dla poratowania życia.

Myśleliśmy, ze Llahuar to jedyne koczowisko w tym miejscu. Okazuje się, że obok jest jeszcze drugie miejsce (niestety nie jestem w stanie nic o nim powiedzieć, chociaż, jak się później okazało, recenzje ma bardzo w porządku). Niemniej jednak, będąc na końcowym odcinku drogi, właściciel Llahuar, Claudio, pojawił się znikąd i po prostu wciągnął nas do swego przybytku. Nie mając innego wyjścia zamówiliśmy pokój, a następnie w spokoju skonsumowaliśmy zasłużone piwko. Trzeba przyznać, ze mimo niesamowitych widoków i obecności gorących źródeł, miejsce koczowania nie było najlepszym, w jakim zdarzyło nam się pozostawać. Domko-szałasy, wykonane z bambusa (?) i dykty, nie są już pierwszej świeżości i do środka łatwo wnika wszelkiego sortu robactwo. Ponadto przytrafiła nam się tam burza z spora ulewą, a domek okazał się przemakać…Musieliśmy zgromadzić wszystko, łącznie, z samymi sobą na kupie i tak przekoczować, na szczęście strat nie było. Z informacji praktycznych, energia elektryczna (światło) w domkach dostępne od 19 do 21. Cieplej wody, internetu i tym podobnych oczywiście brak 🙂

Przez Andy z lisem w plecaku!

Co robić na dnie Kanionu Colca?

Otóż przede wszystkim można, a nawet trzeba podziwiać otaczającą przyrodę! Co więcej można to robić z organizmem zanurzonym w gorących źródłach. Dla chętnych o 19 wydawana jest kolacja. Koszt to bodajże 16 soli/os. W skład wchodzi zupa + ryz z warzywami i ciepły napój (np. mate de coca). Koszt piwka w tym przybytku to 10 soli.

Było „tam”, pora na ” z powrotem”…

Niespodzianką poranka był stan mych odnóży, a właściwie ich braku. Złażenie w dół Kanionu dało mi się we znaki dość mocno i poddałam wątpliwości marsz pod górę. Na szczęście znalazł się ratunek! Raz dziennie przez Kanion przejeżdża autobus do Cabanaconde. Autobus objawia się „około 12” (wg miejscowych „raz wcześniej, raz później’, nasz pojawił się później), w miejscu oddalonym o ok. 45 min marszu od Llahuar. Ciężko zidentyfikować też przystanek (Pani w koczowisku zarzekała się, że bez trudu rozpoznamy „bus terminal”). Po drodze nie było nic przywodzącego na myśl odpowiednie miejsce. W końcu ujrzeliśmy zatoczkę, na której stała przykryta tekturą kupa cegieł. Wzięliśmy to za ów terminal. Jakież było nasze zdziwienie gdy nagle przyjechała ciężarówka, z której wysiadło dwóch chłopów, załadowało cegły i odjechało! Nie poddaliśmy się jednak i nadjeżdżający autobus udało nam się zatrzymać. Przeprawa do Cabanaconde to koszt 10 soli i spora dawka adrenaliny przy manewrach na urwiskach.

Jazda „na krawędzi”

Po niemal 2-godzinnej jeździe, dotarliśmy z powrotem do Cabanaconde. Wróciliśmy do naszego hostelu, poczyniliśmy pranie i poszliśmy do mekki wszelkich przybyszy, czyli pizzerii z WiFi, żeby zaplanować dalszą podroż i sprawdzić, czy świat poza ta małą peruwiańską osada nadal istnieje.

Kolejny dzień to osławione Kondory.

Zapewne niejeden z Was wie, że „..w dalekich Andach kondor jajo zniósł…” (a jeśli nie wiecie to odsyłam do internetów). Tak więc jak Rzym z Koloseum, Kanion Colca słynie ze swoich kondorów. Oczywiście jest to też wabik na turystów. Codziennie bowiem z Arequipy wyjeżdżają specjalne wycieczki „na kondory” właśnie. Co ciekawe ptaszyska owe pojawiają się codziennie mniej więcej w tym samym miejscu i o tej samej porze (ma to rzekomo związek z temperaturą i powietrzem, ale istnieją pogłoski, że kondory są po prostu opłacone…).

Jak wcześniej wspomniałam, kontrolera-sprzedawcy w Kanionie nie napotkaliśmy, tak więc nasz pobyt (mimo najszczerszych chęci) pozostał niezabiletowany. Zupełnie niespodziewanie miało się to wkrótce zmienić!

Celem kolejnego dnia był desant do Puno. Niemniej jednak, coś nas podkusiło, żeby po drodze zatrzymać się „na kondory”. Tak więc wsiedliśmy do autobusu w Cabanaconde, a po ok. 25 min jazdy wysiedliśmy przy osławionym Cruz del Condor. Jeszcze dobrze nie wydobyliśmy z autobusu, a już otoczyli nas kontrolero-sprzedawcy biletów…I tym sposobem każde z nas musiało uiścić po 70 soli za (wątpliwą) przyjemność obserwacji kondorów pośród tłumów azjatyckich i germańskojęzycznych turystów… Oczywiście nie mam zamiaru obrażać kondorów, widzieliśmy je jednak już wcześniej w Kanione (za darmo! ;)).

[WRGF id=191]

Peru

Arequipa – La Ciudad Blanca

Arequipa

Położona  na wysokości ok. 2300 m n.p.m, u podnóża wulkanu Misti, Arequipa była naszym pierwszym przystankiem w podróży do Peru i Boliwii.

Miasto zostało założone przez Hiszpanów, co nietrudno zauważyć spacerując po jego utrzymanych w kolonialnym stylu uliczkach. Charakterystyczny biały kolor budynków (stąd też „białe miasto”) to efekt wykorzystywanej do budowy białej skały wulkanicznej.

Katedra w Arequipie

Do Arequipy dotarliśmy późnym wieczorem po dłuuuugiej podróży z Europy (ale o tym innym razem…). Hostel, w którym się zatrzymaliśmy znajdował się w samym sercu starego miasta. Zmęczeni po przeprawie niemal natychmiast padliśmy, aby następnego ranka zacząć eksplorację.

Po odespaniu trudów podróży i „tradycyjnym peruwiańskim śniadaniu” (czyt. tosty z dżemem i herbatka z liści koki) wyruszyliśmy na miasto. Akurat byla niedziela i na Plaza de Armas (czyli głównym placu nie tylko Arequipy, ale każdego. choćby najmniejszego miasteczka w Peru) nie brakowało miejscowych tańcujacych w tradycyjnych, kolorowych odzieniach w rytmach wesołej muzyki.

Tańce na Plaza de Armas

Po zapoznaniu z lokalnym folklorem pokręciliśmy się po urokliwych uliczkach Arequipy, trafiając w końcu na targ.

Targ podzielony jest na sekcje wg. produktów, mamy więc m.in. świeżo wyciskane soki (najpyszniejsze na świecie), owoce, warzywa, różne elementy mięsne (nieciekawej woni), zioła, pieczywo, produkty „magiczne”  i…kapelusze. Na górnym piętrze natomiast mieści się dział sprzedaży żywego ptactwa oraz jadłodajnie.

Ziemniaki na każdy dzień tygodnia;)

 

 

I inne artykuły…

O targu w Arequipie słyszeliśmy już wcześniej, rzekomo słynie on bowiem z serwowania nietypowego specjału, a mianowicie soku z żaby. Pomimo dokładnych poszukiwań nie udało się nam znaleźć owego wytworu. Nie mając możliwości zakosztowania tego podobno dobrego na wszystko napitku, zadowoliliśmy się ‚zwykłym’ sokiem. Ilość egzotycznych owoców dostępnych na targu jest niesamowita. Wystarczy wskazać pani siedzącej na szczycie owocowej piramidy co nam się podoba i raz-dwa dostajemy to w wersji pitnej. Nikt oczywiście nie przejmuje się tu wymogami sanepidu, niemniej jednak soki są pyszne i nie powodują żadnych rewolucji.

Po wizycie na targu udaliśmy się do Klasztoru Św. Katarzyny.

Nie jest to jednak zwykły monastyr, a coś w rodzaju ‚miasta w mieście’. Został założony w 1580 roku, a w czasach świetności zamieszkiwało tam nawet 450 zakonnic. Przekraczając mury klasztoru możemy odnieść wrażenie, że teleportowaliśmy się do Andaluzji. Nazwy uliczek nie wyprowadzają z błędu – mamy tu bowiem calle Sevilla czy calle Malaga. Pośród urokliwych, kolorowych zakątków można bez trudu spędzić kilka godzin! Co ciekawe w niektórych miejscach dostępne jest wi-fi 🙂 Podobno ciekawą atrakcją jest zwiedzanie klasztoru w nocy, nie mieliśmy jednak takiej możliwości, ale i za dnia zrobił on na nas spore wrażenie.

Klasztor w Arequipie
Wszystkie kolory Peru 😉

 

Po trudach zwiedzania zafundowaliśmy sobie (po raz pierwszy w tej podróży) sztandarowy peruwiański drink, czyli pisco sour.

Pisco sour

Drugi (i ostatni) dzień w Arequipie rozpoczęliśmy śniadaniem na hostelowym tarasie z widokiem po czym wyruszyliśmy z ponowną wizytą na targ (ach te soki!). Tym razem postanowiliśmy zeksplorować też górne piętro, mieszczące małe jadłodajnie pełne lokalnej ludności (w roli klientów oczywiście). Tym razem naszym łupem padł typowy arequipeński deser – queso helado, czyli coś w rodzaju lodów z sera przygotowywanych w metalowej misce. Stoisko Pani, u której ów wytwór nabyliśmy obwieszone było wycinkami z gazet wychwalającymi ją jako producentkę tegoż. Tak wiec marketing na nas zadziałał i płacąc S/2,50 zaopatrzyliśmy się w porcję.

Mimo początkowych obaw, okazało się, ze jest to naprawdę smaczne zjawisko.

 

Popołudniu nadszedł czas na pożegnanie z Arequipą. Naszym kolejnym przystankiem było Cabanaconde…