Please assign a menu to the primary menu location under menu

Kostaryka

Kostaryka

Kostaryka: od wulkanu Poas do Puerto Jimenez

Krater wulkanu PoasPoas wulkan Kostaryka

Kostaryka – podróż w czasach zarazy

Covid, nie covid, bez podróży, zwłaszcza tych dużych, żywot jest niełatwy. Chociaż wcześniej nie planowałam Kostaryki (a przynajmniej nie była pierwsza w kolejce destynacji), okazała się dobrym wyborem. Oczywiście do końca nie było wiadomo czy wyprawa się powiedzie (co za czasy), tak więc postanowiliśmy nie planować za wiele. Przeglądnęliśmy mapę i zaznaczyliśmy kilka potencjalnie interesujących miejsc. Biorąc pod uwagę zarazę i chęć wydobycia z wyprawy ile się da, zarezerwowaliśmy pojazd, a dwa dni przed wylotem pierwszy nocleg. Reszta miała wyjść w trakcie:)

W skrócie – dotarliśmy do Kostaryki!

Po nieco ponad 10 godzinach lotu z Madrytu maszyna rozpoczęła zniżanie a za oknem zaczął ukazywać się super zielony krajobraz. Trzeba przyznać-wyglądało to dobrze. Niestety procedura wyjścia z lotniska była niemiłosiernie długa, ale w końcu się udało. Niestety budki z kartami SIM na lotnisku były nieczynne, co trochę nam pokrzyżowało dalsze plany, ale o tym zaraz. Póki co pan z wypożyczalni, zgodnie z planem, oczekiwał nas pod terminalem i niebawem znaleźliśmy się w wypożyczalni, gdzie wydano nam pojazd. Zmierzch w Kostaryce zapada ok. 18, a podobno jazda po zmroku nie jest dobrym pomysłem, więc chcieliśmy tego uniknąć. Niestety bez internetu nie byłoby szans dostać się do naszej noclegowni. Tak więc pan w wypożyczalni wyrysował nam mapkę dojazdu do sklepu, gdzie mieliśmy nabyć kartę i zyskać internet, a my naiwnie wyruszyliśmy. Oczywiście po ok. 5 minutach byliśmy zgubieni. Na szczęście napotkaliśmy pomocnych autochtonów, którzy swoim pojazdem zaprowadzili nas do supermarketu. Zaopatrzeni w kartę ruszyliśmy w stronę Grecii, gdzie czekać miało na nas spanie. Niestety, międzyczasie zrobiło się ciemno, a droga okazała się wąska i pełna zakrętów przypominających najskrytsze uchyłki jelit. Żeby było zabawniej, poboczem podróżowali sobie rowerzyści i piesi, oczywiście bez świateł. Łatwo nie było, ale w końcu dotarliśmy i po spożyciu lokalnego piwka (jak się później okaże jednego z dwóch głównie dostępnych w tym kraju) poszliśmy spać.

Następnego dnia spotkała nas klasyczna jetlagowa pobudka o 5 rano. Doczekaliśmy do 6, kiedy to zrobiło się jasno i wyszliśmy do otaczającego nasz przybytek ogrodu. Ciężko było ogarnąć tyle zieloności na raz, zobaczcie z resztą sami:

W naszym ogrodzie

O 7 udało się nam uzyskać śniadanie (typowe kostarykańskie gallo pinto, czyli ryż z fasolą, jak się później okazało, najlepszy ze wszystkich, które spożyliśmy) i kawusię (był strach i wspomnienia obrzydliwej kawy w Kolumbii, ale i nadzieja, w końcu znajdowaliśmy się w centrum kawowym kraju). Kawusia okazała się nadzwyczaj dobra, zatem mogliśmy wyruszyć do naszej destynacji, czyli wulkanu Poas.

Wulkan Poas

Tu wspomnieć należy, że przed wyprawą słyszeliśmy, że w Kostaryce jest drogo. I faktycznie potwierdzam: jest drogo. Na początek, większość parków narodowych jest płatna (przeważnie 10 USD lub więcej). Wulkan Poas to koszt 15 USD (+VAT), a bilety trzeba wykupować z wyprzedzeniem on-line. Warto też pamiętać, że wulkan najlepiej wizytować rano (ok. 10 zbierają się chmury i nic nie widać). Chociaż teoretycznie blisko, jazda do wulkanu zajmuje nam dobrą godzinę (zakręty i zakręty). Niemniej widoki są niesamowite: pagórki, plantacje kawy i gigantyczne monstery. Pogoda ładna (choć pora deszczowa) i w końcu docieramy do Parku Narodowego Wulkanu Poas. Objawiamy naszą rezerwację i wyłazimy. Znajdujemy się na 2700 m n.p.m., jest zimno. Dodatkowo nakazują nam przywdziać maseczki i kaski i po obejrzeniu krótkiego filmiku wyruszamy w 15-minutową drogę. W końcu naszym oczom ukazuje się dziura, czyli krater. Maksymalny czas oględzin to 20 minut, jak mówi pan strażnik. Prawdę mówiąc wulkan trochę nas rozczarowuje, bo poza tarasem widokowym nie ma żadnych tras hikingowych, tak więc faktycznie po 20 minutach jest się nasyconym widokiem.

Tak się prezentuje krater
Wulkan Poas
Safety first 🙂

Po wulkanie pora na kawę. Z pomocą mapy szukamy miejsca gdzie napijemy się czegoś dobrego i docieramy do niewielkiej kawiarki otoczonej przez połacie kawowych plantacji. Zieloność jest niesamowita i ciężko się napatrzeć. Niemniej, mamy przed sobą jeszcze trochę drogi, tak więc trzeba atakować.

Kawowa plantacja
Kawusia 2

Celem noclegowym jest położone na wybrzeżu Pacyfiku Jaco, ale po drodze nawiedzamy jeszcze Park Narodowy Carara, gdzie łapie nas deszcz. Nie wspomniałam jeszcze, że sierpień w Kostaryce to początek pory deszczowej. Jesteśmy jednak gotowi, przywdziewamy poncza i ruszamy w las. W deszczu ciężko wypatrywać zwierzyny, udaje nam się jednak ujrzeć sporo ciekawej roślinności, papugi i żabę, dobre i to na początek:)

W PN Carara
Zieloność <3
Przedstawiciel(ka) fauny

Jaco

Z Carary, wiedzeni głodem i lekkim zmęczeniem, docieramy do Jaco. Porzucamy rzeczy i idziemy oglądać plażę. Jest kamienista i nieco brudna, paradują konie i psy. Wykrywamy w niedalekiej odległości browar, więc udajemy się na żer i piwko, a na plażę postanawiamy wrócić na zachód słońca. Niestety deszcz znowu postanawia padać, więc z zachodu nici.

Plaża w Jaco
Miejscowe pieski

Kolejnego dnia, po niezbyt niestety jadalnym ryżu z fasolą wyruszamy na południe. Docelowo chcemy dotrzeć do Puerto Jimenez. Po drodze jednak odwiedzamy kilka miejsc. Na początek Playa Esterillo, która okazuje się wyjątkowo urodziwa: dłuuuga, pusta i piaszczysta plaża otoczona palmami kokosowymi, czego chcieć więcej?

Playa Esterillo
I paaaalmy!

Kolejny postój to Dominical, małe turystyczne miasteczko, pełne straganów z różnościami, za to z niezbyt urodziwą plażą.

Playa Dominical
Miejscowe ptactwo

Wodospady Catarata

Później, docieramy do położonych nieco w głębi wodospadów Catarata, gdzie w cenie (a jakże!) biletu można obejrzeć też motylarium. Niestety, dochodzi już 14-sta, co oznacza nie mniej, nie więcej tylko prawdopodobny deszcz. A raczej ulewę… Trzeba się więc ewakuować. Na początku znajdujemy żer i schronienie w pobliskiej knajpie, ale ponieważ końca nie widać, pakujemy się do pojazdu i ruszamy dalej. Wieczorem (dalej w deszczu), docieramy do Puerto Jimenez. Plan na kolejny dzień: zorganizować wyprawę do Parku Corcovado!

Bienvenido a Puerto Jimenez!

Ponieważ jetlag wciąż daje o sobie znać, wstajemy wcześnie i czekamy aż otworzą się biura agencji organizujących wycieczki do Parku (do Corcovado można udać się tylko z przewodnikiem, a ilość odwiedzających jest limitowana – warto mieć to na uwadze podróżując w bardziej ruchliwym sezonie). Koniec końców udaje nam się zarezerwować 2-dniową wycieczkę startującą kolejnego dnia (o tym więcej kiedy indziej).

Resztę dnia postanawiamy spożytkować odwiedzając półwysep Matapalo, znajdujący się ok. 15 km od Puerto Jimenez. Niemniej, podróż zajmuje nam niemal godzinę, bo zaraz za miasteczkiem sensowna droga się kończy a na półwysep prowadzi wyboisto-dziurawy trakt. Chociaż po drodze złorzeczenia i strachu o powybijanie sobie zębów na wybojach było co nie miara, to widoki półwyspu nie były takie najgorsze:) Niestety, nieuchronnie zbliżało się popołudnie, a co za tym idzie, wiadomo: deszcz. W związku z obawami, że przy ulewie dziurawa droga zamieni się w dziurawą rzekę, postanowiliśmy wrócić do Jimenez.

Pelikany z Matapalo
Matapalo

Koniec końców deszcz oszukał – przyszedł dopiero wieczorem, a my resztę dnia spędziliśmy na pobliskiej plaży i kilkukrotnym zeksplorowaniu miasteczka (które składa się dosłownie z jednej „dużej” ulicy i kilku przecinających) śledzeni przez miejscowe wolnochodzące psy (pewien szczeniak był tak uparty w swoim śledzeniu, że byłam bliska sprawdzenia opcji przewozu psa samolotem:D).

Deszczu nadal brak!
Plaża w okolicy Jimenez
Centrum Puerto Jimenez
Zwyczajny dzień w PJ 🙂
error: Content is protected !!