Please assign a menu to the primary menu location under menu

Izrael

Izrael

5 dni w Izraelu, część II: Morze Martwe, Maktesz Ramon i Ejlat

ramon

W poprzednim wpisie (http://liswplecaku.pl/2019/11/08/izrael-w-5-dni-czesc-i-tel-aviv-i-jerozolima/) znajdziecie wskazówki jak spędzić czas w Tel Avivie i Jerozolimie. Dzisiaj ruszamy na południe, żeby z kilkoma przystankami dotrzeć do Ejlatu, skąd czeka nas lot powrotny.

Dzień 3. Morze Martwe

Po sztandarowym hummusowym śniadaniu, maszerujemy do wypożyczalni, gdzie po małym zamieszaniu z limitami na karcie, odbieramy pojazd, którym podróżować będziemy dalej. Co prawda da się zaplanować podróż po Izraelu korzystając wyłącznie z komunikacji publicznej, ale może być to uciążliwe czasowo, a poza tym trzeba wziąć pod uwagę brak tejże w czasie szabasu. Tak więc podejmujemy samochód i ruszamy w kierunku miejscowości Ein Bokek, gdzie zamierzamy się zapoznać z Morzem Martwym. Jak się okazuje jazda ulicami Jerozolimy nie należy do najłatwiejszych. Drogi są zakorkowane a niecierpliwi kierowcy ciągle trąbią. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się nam wydostać z miasta. Za jego granicami krajobraz niemal natychmiast zamienia się na górzysto-pustynny. Przez cały czas zmierzamy „w dół”, od czasu do czasu mijając oznaczenia ileż to metrów poniżej poziomu morza się znajdujemy (Morze Martwe stanowi najgłębszą depresję na świecie – ponad 400 m poniżej poziomu morza).

W depresji 🙂

Po nieco ponad godzinie, robimy postój w miejscowości Ein Gedi, stanowiącej bazę wypadową do Parku Narodowego o tej samej nazwie. Temperatura jest bliska 40 stopni i nie zachęca do buszowania po pustyni. Robimy ogólne oględziny, napotykamy też leniwie maszerujące, bądź siedzące na drzewach ibexy, czyli koziorożce.

Zwierzyna
Morze Martwe

Po chwili ruszamy w dalszą drogę przez pustynię, prosto do Ein Bokek. O samej „miejscowości” nie ma co pisać. Jest to po prostu skupisko betonowych hoteli pośrodku niczego. Poza tym kilka sklepów i restauracji. Ale tam też znajduje się darmowa plaża z elementami takimi jak prysznice (opłukanie się po wyjściu ze słonej wody jest konieczne) i zadaszenia, pod którymi można koczować. Parking w pobliżu darmowej plaży jest za to płatny. Płatne jest również słynne błoto, którego na kamienistej plaży nie uświadczycie. Zakupujemy więc paczuszkę tegoż w sklepiku i smarujemy się dokładnie, czytając przy okazji jak wspaniały wpływ na wszystko ma owa substancja;) Po kąpieli błotnej, przychodzi czas na eksplorację słonowodnego akwenu. Woda jest dziwnie gęsta i pozostawia oleisty osad na skórze. Na szczęście ze względu na zawartość soli nie ma tam ryb ani innych form żywych. Jak wspominałam, poza słoną wodą i betnowymi hotelami, w Ein Bokek nie ma nic więcej.

Morze Martwe

Ponieważ nasze parkingowe dwie godziny właśnie mijają, przebieramy się i ruszamy dalej. Celem jest miejscowość Micpe Ramon, do której dotarcie zajmuje nam prawie dwie godziny jazdy. Krajobrazy pustynne, bardziej lub mniej górzyste wciąż nam towarzyszą. Samo Micpe Ramon okazuje się mało żywotną, niewielką mieściną. Za to jest tam spory supermarket, gdzie zaopatrujemy się w zapas hummusu, owoce, piwko i inne dobra. Ponieważ zmrok zapada szybko, największą (i jedyną) atrakcję tegoż miejsca zostawiamy sobie na dzień następny.

Dzień 4. „Krater” Ramon i droga do Ejlatu

Micpe Ramon

Do Micpe Ramon przybywa się w jednym tylko celu, a mianowicie dla olbrzymiej dziury w ziemi, tudzież księżycowych krajobrazów położonego tam „krateru” Ramon. Krater w cudzysłowie, ponieważ formacja ta nie ma nic wspólnego z meteorytami czy wulkanami. Powstał on w wyniku erozji. Dlatego też po śniadaniu (hummus, a jakże) wyruszamy by ujrzeć tę osobliwość. Zaczynamy od Visitors Center, skąd można wyruszyć niedługim szlakiem aż do Camel Mount, wzniesienia z punktem widokowym, przypominającego swym kształtem (uwaga!) wielbłąda. Tak też czynimy. Widoki faktycznie robią wrażenie, dziura jest olbrzymia a gdzieniegdzie zalegają koziorożce.

Krater Ramon
I jeszcze raz krater
Camel Mount
I widoki z wielbłąda;)

Gdy poziom usatysfakcjonowania oględzinami staje się optymalny, postanawiamy opuścić Micpe Ramon. Znowu zagłębiamy się w pustynne krajobrazy. Droga do Ejlatu trwa ok. 2 godzin.

W drodze do Ejlatu

Docieramy tam wczesnym popołudniem, a ponieważ jest piątek, za kilka godzin zaczyna się szabas. Ponieważ duże supermarkety i sensowne (nieturystyczne i sensowne cenowo) restauracje zostaną zamknięte aż do niedzieli, robimy hummuoswe zapasy na dwa dni. Ejlat jest duszny i niesamowicie gorący, chociaż to październik, temperatury dochodzą niemal do 40 stopni. Dlatego zaszywamy się w naszym klimatyzowanym airbnb i wypełzamy na zewnątrz kiedy robi się znośniej. Kierujemy się nad morze (to już 3-cie morze w ciągu czterech dni – tym razem Czerwone, choć niebieskie).

Ejlat i Morze Czerwone

Na ulicach słychać sporo rosyjskiej mowy, bowiem z jakichś przyczyn, to głównie przedstawiciele tejże nacji wybierają wypoczynek w Ejlacie. Samo miasteczko ma nieco odpustowo-kiczowaty charakter. W centrum poza bardzo turystyczną promenadą, znajdują się niewielkie kamieniste plaże. Są darmowe, zapłacić trzeba jeśli chcemy skorzystać z leżaka. Ponieważ Ejlat jest wciśnięty pomiędzy granicę Izraela z Jordanią i Egiptem, z plaży rozciąga się widok na sąsiednie, jordańskie miasto Akaba. Po spacerze i stwierdzeniu, że atrakcje samego Ejlatu są raczej nikłe, wracamy do koczowiska gdzie spożywamy kolację w postaci pit z hummusem popijanych izraelskim winem.

Dzień 5. Ejlat – plaże i Czerwony Kanion

Kolejny dzień, sobota, a więc szabas w ciągu dalszym. Postanawiamy wybrać się na którąś z plaż, ponieważ na dobrą sprawę nie ma w Ejlacie za wiele do roboty. Poza wspomnianymi plażami w mieście, są też inne, ciągnące się aż do granicy z Egiptem. Niektóre z nich są płatne, inne oferują płatne leżaki, inne zaś są zupełnie darmowe i na taką właśnie, położoną nieopodal egipskiej granicy, przypuszczamy szturm. Plaża jest oczywiście żwirowa, są za to zadaszenia, dzięki czemu nie trzeba się obawiać udaru słonecznego. Na miejscu można wypożyczyć sprzęt do snorkelingu, jednak jak wiadomo ryby nie są moją pasją, zatem temat nie zostaje zgłębiony. Po jakimś czasie plażowanie i obserwacje współplażowiczów nieco nam się nudzą. Wybieramy się więc do położonego niedaleko od Ejlatu Czerwonego Kanionu, gdzie chcemy dotrzeć niedługo przed zachodem słońca. Jest już dobrze po południu, temperatury znośne. Dotarcie do kanionu samochodem zajmuje niecałe pół godziny, a droga prowadzi wzdłuż ogrodzenia z drutem kolczastym stanowiącego granicę z Egiptem. Po dotarciu na miejsce, przy parkingu znajdziemy mapki, na których oznaczone są warianty tras. Szlaki nie są trudne, a (powolne) zwiedzanie całego kanionu zajmuje nie więcej niż godzinę. W kilku miejscach zainstalowane są uchwyty i drabinki, ale chociaż na pierwszy rzut oka wyglądają nieco strasznie, ich przebycie nie sprawia większego problemu.

Skały tworzące ściany kanionu przybierają charakterystyczną barwę i faktycznie robią wrażenie. Mamy szczęście, bo poza nami nie ma zbyt wielu turystów.

Czerwony Kanion

W kanionie spożywamy przydział hummusu, robimy zdjęcia i powoli się ewakuujemy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze przy punkcie widokowym, z którego możemy podziwiać Ejlat i Akabę.

Widok na Ejlat i Akabę

Punkt ten jest położony niemal na granicy a na miejscu trafiamy na patrol uzbrojonych izraelskich żołnierzy i żołnierek (w Izraelu służba wojskowa jest obowiązkowa, niezależnie od płci). Ponieważ robi się już ciemno, wracamy do Ejlatu, gdzie resztę wieczoru spędzamy popijając miejscowe piwko. Chociaż szabas już się skończył, większość przybytków i tak jest wciąż zamknięta. Następnego dnia rano zostaje nam już tylko zwrot samochodu (w centrum miasta), podróż na lotnisko, słynne izraelskie kontrole (na szczęście w naszym przypadku poszło szybko i sprawnie) i lot do Warszawy.

Izrael

Izrael w 5 dni. Część I: Tel Aviv i Jerozolima

Jerozolima

Pomysł na wyjazd do Izraela był dość spontaniczny, jak to z lotniczymi okazjami bywa. Tym razem była to 5-dniowa podróż na przełomie września i października, z przylotem do Tel Avivu i wylotem z Eilatu. Na początek Tel Aviv i Jerozolima!

Dzień 0. Nowy Rok we wrześniu? Czemu nie…

Jak wspomniałam, bilety nabyliśmy niedługo przed wylotem, oczywiście bez dłuższego zastanowienia. Wiedzieliśmy jednak, że transport publiczny w szabas (od piątkowego popołudnia do sobotniego wieczoru) właściwie nie istnieje. Nic to, bowiem lądowaliśmy w poniedziałkowy wieczór. Niemniej, podczas planowania podróży z lotniska coś nie grało. Wyszukiwarka uparcie twierdziła, że najbliższy pociąg do Tel Avivu ma departurę dopiero we wtorek…Okazało się bowiem, że w dniu naszej wizytacji wypada Rosz ha-Szana, czyli żydowski Nowy Rok. Obowiązują więc szabasowe ograniczenia transportowe. W tych dniach jedyną formą transportu publicznego z lotniska były tylko tzw. szeruty, czyli coś w rodzaju wieloosobowej taksówki. Te jednak kursują tylko do Jerozolimy. Ponieważ mieliśmy już rezerwację noclegu w Tel Avivie i była to jedyna szansa na wizytę w tym mieście (później to już nie po drodze…), chcąc-niechcąc musieliśmy zainwestować w taksówkę. W taki to oto sposób dostaliśmy się do położonego nieopodal dzielnicy Jafa Airbnb. Zaopatrzyliśmy się jeszcze w pierwsze (i bynajmniej nie ostatnie…) opakowanie hummusu w osiedlowym sklepiku i takoż zakończyliśmy dzień 0.

Dzień 1. Tel Aviv

Na zwiedzanie Tel Avivu przeznaczyliśmy jeden dzień. Na nasze nieszczęście, wciąż trwało wspomniane święto, przez co miasto wykazywało zaniżoną aktywność. Oczywiście, otwarte były turystyczne knajpki w Starej Jafie, gorzej jednak w nowszej części miasta (na 3 znalezione w Internecie kawiarnie z rzekomo dobrą kawą, wszystkie były zamknięte! Nieczynny był też targ ha-Karmel, z którym wiązaliśmy spore nadzieje żywnościowe. W ogóle do jedzenia nie mieliśmy na tej wyprawie szczęścia, ale o tym będzie jeszcze pewnie nie raz). Bez kawy niestety rozpoczęło się nasze eksplorowanie. Jak wspominałam, mieszkaliśmy w pobliżu starej części Tel Avivu, Jafy. Założona jako miasto portowe już w starożytności (wg Wikipedii pierwsze wzmianki pochodzą z 1470 roku p.n.e.!), do 1949 roku była osobnym miastem. Dzisiaj to przede wszystkim pełna zabytków dzielnica turystyczna. Znajdziemy tam labirynty wąskich uliczek, meczety, kościół i pchli targ.

Stara Jafa
Stara Jafa
Widok z Jafy na nowoczesny Tel Aviv
I jeszcze jeden

Z Jafy zmierzamy do nowszej części miasta, po drodze poszukując (bez sukcesu) czynnej kawiarni. W centrum miasta święto jest bardziej zauważalne niż w turystycznej dzielnicy. Większość sklepów i restauracji jest zamknięta.

W Tel Avivie…

Również wspomniany bazar, na co dzień pełen pyszności, dziś jest kompletnie martwy. Nieopodal znajdujemy na szczęście otwarty przybytek gdzie raczymy się (a jakże!) falafelem. Po konsumpcji zaopatrujemy się w miejscową ipę i przemieszczamy się na nadmorską promenadę. Ciepłota jest znaczna, a ponieważ z powodu Nowego Roku nie ma żadnych dodatkowych atrakcji, resztę dnia spędzamy w okolicach nadmorskich. Ogólnie rzecz biorąc Tel Aviv, poza nieco odmienną architekturą nie różni się zbytnio od europejskich miast.

Po zachodzie słońca komunikacja miejska zostaje wznowiona. O 19 wyruszamy autobusem do Jerozolimy. Droga zajmuje około godziny. Prosto z dworca wyruszamy do naszego koczowiska, które znajduje się nieopodal targu Mahane Yehuda. Po drodze jednak się trochę gubimy w zaułkach krętych uliczek i zamiast do naszego mieszkania, docieramy pod ten sam numer, ale na równoległej ulicy. Niechcący nachodzimy zupełnie przypadkowego człowieka, ten na szczęście udziela nam wskazówek i już bez problemu trafiamy do miejsca przeznaczenia. Ponieważ jesteśmy wielce głodni, porzucamy plecaki i ruszamy na targ, gdzie powoli zaczynają otwierać się stoiska. Można tam znaleźć mnóstwo różności, my jednak decydujemy się na obiekt o tajemniczej nazwie jachnun, co objawia się jako jemeński niby-naleśnik nadziewany ostrym sosem i warzywami. Tajemnicze, ale dobre! Po godnym odbyciu żeru spacerujemy jeszcze trochę w okoliach targu, po czym żywotność nasza mocno spada, więc wracamy do koczowiska.

Targ Mahane Yehuda
Targ Mahane Yehuda
W poszukiwaniu Airbnb…

Dzień 2. Jerozolima

Śniadanie spożywamy standardowe, czyli sklepowy hummus i pita. Za to dzisiaj jest bonus, bo na targu Yehuda spożywamy w miarę pitną kawę. Dzisiaj już dzień nieświąteczny, więc poza stoiskami z jedzeniem czynne są też inne, oferujące najróżniejsze szpejostwo, od przypraw, przez ubrania, po wiadra i inne młotki.

Typowe izraelskie śniadanie 🙂
Na targu
Na targu
Na targu

Z targu przemieszczamy się w kierunku zamieszkanej przez ortodoksyjnych Żydów dzielnicy Mea Shearim. Warto wiedzieć, że autochtoni nie są zbyt otwarci na wizytacje, toteż należy się odpowiednio ubrać (przypominają o tym wielkie tablice) i raczej nie zwracać na siebie uwagi.

Jedna z tablic

Chociaż umiejscowiona 5 minut od żywotnego targu, dzielnica sprawia wrażenie przeniesionej o jakieś 100 lat wstecz. Ulicami przechadzają się odziani z tradycyjne stroje Żydzi. Pełno jest małych sklepików, zakładów fryzjerskich, czy zegarmistrzowskich, księgarń i innych geszeftów. Życie wydaje się toczyć zupełnie innym rytmem i jest w tym coś niezwykle interesującego.

Mea Shearim

Niestety, nasz czas (a może i cierpliwość miejscowych na podejrzanych turystów) jest ograniczony, toteż opuszczamy ortodoksyjną dzielnicę i kierujemy się do starego miasta. Mury starej Jerozolimy robią wrażenie. Przechodzimy przez Bramę Damasceńską i znajdujemy się pośród wąskich uliczek, przy których tłoczą się stragany i sklepiki. Można tam kupić pamiątki, ubrania, czy słodycze. W niektórych zaułkach znajdują się małe kawiarnie oferujące też shishę.

Brama Damasceńska
Mury starego miasta
Za Bramą Damasceńską
Za Bramą Damasceńską

Stare miasto podzielone jest na dzielnice: chrześcijańską, żydowską, muzułmańską i ormiańską. Każda z nich ma odmienny charakter. Znajdziemy tu miejsca ważne dla każdej religii, m.in. Bazylikę Grobu Pańskiego, Ścianę Płaczu i meczet na Wzgórzu Świątynnym. My na początku trafiamy pod Ścianę Płaczu. Żeby do niej podejść musimy przejść przez bramki, takie jak na lotnisku. Po kontroli dostajemy się na plac z widokiem na Ścianę. Można też podejść bliżej, są dwa osobne wejścia: dla kobiet i dla mężczyzn.

Ściana Płaczu
Ściana Płaczu
Ściana Płaczu

Później przemieszczamy się w kierunku Wzgórza Świątynnego, niestety nie dostajemy się do celu, a wyposażeni w karabiny żołnierze (ten widok w Izraelu jest powszechny) oznajmiają, że Wzgórze jest zamknięte (przed wizytacją warto sprawdzić godziny w jakich jest otwarte, zależy to też od sezonu).

Meczet na Wzgórzu Świątynnym

Maszerując wąskimi uliczkami docieramy w okolice Bazyliki Grobu Pańskiego. W środku jest ciasno i trochę ciężko złapać orientację,a grupy ludzi przemieszczają się w różnych kierunkach na raz. Wychodzimy więc na zewnątrz, gdzie łączymy się z darmowym wi-fi i dopiero w ten sposób dowiadujemy się co widzieliśmy.

Bazylika Grobu Pańskiego
Wewnątrz Bazyliki
Wewnątrz Bazyliki

Po tychże oględzinach stwierdzamy, że niezwłocznie należy coś zjeść. Wychodzimy więc ze starego miasta i udajemy się do arabskich bud na przeciwko Bramy Damasceńskiej, gdzie można w miarę tanio spożyć falafla w picie. Tak też czynimy. Po spożyciu udajemy się na spacer do nowszej części miasta, wzdłuż jednej z głównych ulic, Yafa Street. Ponieważ jest gorąco, podejmujemy zimne piwko a później zmierzamy ku Górze Oliwnej, żeby zobaczyć zachód słońca nad Jerozolimą.

Takie tam, w Jerozolimie

Po drodze zahaczamy o dzielnicę ormiańską starego miasta, a później także o żydowską. W końcu opuszczamy mury i zaczynamy wspinaczkę na górę. Tu warto zaznaczyć, że całe zbocze pokrywa żydowski cmentarz, na którym, ze względu na lokalizację, ceny miejsca pochówku dochodzą do miliona dolarów (info z internetów). Dzielnie maszerujemy do góry, zachód słońca coraz bliższy a po drodze napotykamy jeszcze wielbłąda.

Wykopaliska a nad nimi cmentarz
Napotkany zwierz

W końcu naszym oczom ukazuje się niczego sobie widok na stare miasto z górującą nad nim złotą kopułą meczetu. Po zachodzie słońca zaczynamy odwrót.

Zachód słońca nad Jerozolimą
Kopuła meczetu
Cmentarz na zboczu Góry Oliwnej i Jerozolima

Wracamy do starego miasta jedną z bram, trafiając do dzielnicy muzułmańskiej. Mijamy meczet, pod którym zebrała się grupa Żydów wykrzykujących coś w stronę zmierzających na modły muzułmanów. Za chwilę pojawiają się też uzbrojeni policjanci. Nie wiadomo o co chodzi, lepiej jednak wiać.

Zajścia przed meczetem

Przemierzamy raczej mało turystyczne części starego miasta (przez chwilę można się poczuć jak w Bagdadzie, przynajmniej tak przypuszczam). W końcu udaje nam się dotrzeć do bardziej cywilizowanych zakamarków, w okolice Bramy Damasceńskiej.

W zaułkach dzielnicy muzułmańskiej
W zaułkach dzielnicy muzułmańskiej

Jesteśmy już dość konkretnie głodni i zmęczeni. Zmierzamy więc w kierunku poleconej nam hummusowni, na szczęście znajdującej się nieopodal naszego koczowiska. Gdy w końcu dostajemy żywność na liczniku jest już prawie 25 km. Po spożyciu hummusu i falafli (tym razem nie sklepowych) udajemy się prosto do spania. Następnego dnia czeka nas dość wczesna pobudka – musimy odebrać samochód i ruszyć nad Morze Martwe!

Jedzonko
I koniec…

Mini-info praktyczne

Dojazd z lotniska

Lotnisko TLV jest położone mniej-więcej w połowie drogi miedzy Tel Avivem a Jerozolimą. Do Tel Avivu mozna się udać pociągiem (nie kursuje w szabas (od piątkowego do sobotniego popołudnia i święta), do Jerozolimy natomiast jeżdżą tzw. szeruty (również w szabas i święta!). Jeśli chcemy dostać się do Tel Avivu w dzień świąteczny pozostają nam taksówki (stała cena ok. 160 ILS, warto próbować szukać chętnych do zrzutki na przejazd np. wśród współpasażerów, bo cena jest stała niezależnie od adresu/ów w mieście)

Z Tel Avivu do Jerozolimy

Busy firmy Egged (rozkłady na http://www.egged.co.il) jeżdżą z dwóch dworców co kilkanaście minut (koszt 16 ILS) i docierają na dworzec główny w Jerozolimie. Podróż trwa ok. godziny. Można też podróżować szerutem, ale nie korzystaliśmy, więc nie znam szczegółów.

Noclegi

Wszystkie noclegi bookowaliśmy przez Aribnb (po sprawdzeniu wszystkich opcji wyszło najtaniej).

Jedzenie

Podstawą naszego wyżywienia (nie do końca z wyboru) były sklepowe hummusy (duży wybór w każdym sklepie, cena opakowania w zależności od rozmiaru 7-15 ILS), pasty np. z bakłażana i pity. Woda w Izraelu jest pitna toteż spokojnie można uzupełniać swoje butelki kranówą i tak też czyniliśmy na terenie całego kraju.

Tel Aviv: ze względu na święto większość przybytków była nieczynna. Internety polecają żywić się na targu ha-Karmel, niestety nie było nam to dane. Jedliśmy kalafiorowe falafle w przybytku o nazwie hashomer1. Dobre, ale trochę drogie.

Jerozolima: najtańsze jedzenie (typu falafel w picie) dostępne jest w arabskich budkach na przeciw Bramy Damasceńskiej (cena bodajże 8 ILS). Ponadto spory wybór jadłodajni (nie najtańszych, ale do przeżycia) znajdziecie na targu Mahane Yehuda. Żerowaliśmy też w polecanej przez naszego airbnb hosta knajpce Tahini’s hummus (cena za hummus 20-kilka ILS), całkiem dobre i wypełnione głównie lokalną ludnością.