Please assign a menu to the primary menu location under menu

kamakura

Japonia

Kamakura – plaża, ptactwo i wielki Budda

KamakurA

Około godzinna podróż pociągiem z Tokio i oto jesteśmy nad oceanem! Cel dnia: Kamakura.

Spośród kilku potencjalnych jednodniowych eskapad z Tokio, zdecydowaliśmy się na odwiedziny w Kamakurze. Na przestrzeni XII i XIII wieku miasto pełniło funkcję stolicy kraju. Współczesnia Kamakura to niewielkie, dość turystyczne miasteczko, oferujące wizytującym liczne świątynie (jak to w byłych japońskich stolicach często bywa), ale także plażę.

Zmęczeni nieco harcami poprzedniej nocy, pierwsze swe kroki kierujemy właśnie ku wybrzeżu i plaży.

Już w drodze zauważamy duże ilości wielkich ptaszysk. Im bliżej plaży, tym osobników więcej. Niedługo potem napotykamy też porozwieszane ostrzeżenia. Zalecają one wystrzeganie się ptaszysk oraz bycie czujnym i przygotowanym na ewentualność ataku. Nie zrażając się, acz zachowując należyte środki ostrożności wkraczamy na plażę. Nie jest to z pewnością miejsce z rajskiej pocztówki, niemniej jednak i woda, i piasek są obecne. Moczenie się w czeluściach oceanu jest jak najbardziej dozwolone.

Tak to mniej więcej wygląda
Plaża w Kamakurze
Japończycy zdają się poważać namioty na plaży

Ciekawym zajęciem zdaje się też być obserwacja behawioru miejscowych. Naszą uwagę przykuwa m.in. osobnik uzbrojony w wiertarkę. Na szczęście nie musimy długo czekać na wyjaśnienie sytuacji – wiertarka, jak się okazuje, jest niezbędnym narzędziem do…wywiercania dziur na plażowe parasole!

Nacieszywszy się plażowaniem, wyruszamy w poszukiwaniu dalszych przygód. Po drodze zatrzymujemy się przy niewielkim stoisku z owocami. Wybieramy kilka ciekawych elementów, prosimy pana sprzedawcę (na migi) o rozkrojenie naszych zakupów. Na taką prośbę pan odbiera nasze owoce i znika. Po kilku minutach wraca, dzierżąc rozporcjowane i schludnie zapakowane (osobno dla każdego z naszej czwórki) owoce…Takie rzeczy chyba tylko w Japonii.

Gdzieś w Kamakurze

Niedaleko od pana z owocami napotykamy niewielką świątynię, a potem docieramy do sporego kompleksu Hasedera (bilet 300Y). Mimo niepozornego wyglądu z zewnątrz, teren świątyni okazuje się dość spory. Ku naszej uciesze znajduje się tam również kapliczka ku czci lisów. 

Wkraczając na teren świątyni zaleca się obmycie rąk

Hasedera

W końcu docieramy do chyba najbardziej znanego elementu Kamakury, a mianowicie posągu Wielkiego Buddy.

Wysoki na 11.4 m posąg jest drugim co do wielkości wizerunkiem Buddy w Japonii (największy okaz znajduje się w Narze, sprawdźcie ten wpis: http://liswplecaku.pl/2018/05/18/nara-i-himeji-pomysly-na-jednodniowke-z-kioto/). Historia kamakurskiego Buddy sięga roku 1252. Oryginalnie stał on wewnątrz świątyni, ta jednak spłonęła na przełomie XIV i XV wieku, i od tej pory przyszło mu bytować na zewnętrzu. Aby oglądać go w całej okazałości należy uiścić opłatę (200Y). Możliwe jest także zeksplorowanie Buddy od środka (za dodatkową opłatą), my przybywamy jednak zbyt późno i wstęp do czeluści nie jest już możliwy. Nasze oględziny potwierdzają wszelkie wcześniejsze doniesienia-Budda, trzeba przyznać, jest naprawdę duży.

Wielki Budda, Kamakura
Oto on!

Po spotkaniu z Wielkim Buddą dopada nas wielkie zmęczenie, ruszamy więc ku stacji. Po drodze zaopatrujemy się w lokalne piwko, a także napotykamy parę starszych Japończyków z psem na krótkich kończynach (typu Corgi). Pies ów (ku naszej niezmiernej radości) wyposażony jestw wózek  (zapewne w celu zapewnienia bardziej efektywnego przemieszczania, niż mogą zaoferować przykrótkie nóżki), a także poidło. Okazujemy napotkanemu zjawisku ogromny zachwyt. Japończycy też są zadowoleni. Widząc naszą radość, prezentują nam wszystkie elementy psiego ekwipunku. Od tej pory do naszego japońskiego zasobu wyrażeń dopisuje się „utsukushi inu” (piękny pies). Dodam w tym miejscu, że warto chwalić psy japońskie, entuzjazm ich właścicieli jest nie do opisania.

Tymczasem gdzieś w Japonii…

W końcu pakujemy się do pociągu i wracamy do Tokio. Tam czeka nas jeszcze kolacja w jednej z restauracji serwujących „jeżdżące sushi”, a następnego dnia wielki dzień: wyprawa do lisiej wioski.