Please assign a menu to the primary menu location under menu

Z lisem w plecaku

O lotach, podróżach i innych dziwach. Podróże po świecie, zawsze z lisem w plecaku (i nie tylko!). Podążaj lisim tropem bez wychodzenia z domu!

Japonia

Japonia

Kamakura – plaża, ptactwo i wielki Budda

KamakurA

Około godzinna podróż pociągiem z Tokio i oto jesteśmy nad oceanem! Cel dnia: Kamakura.

Spośród kilku potencjalnych jednodniowych eskapad z Tokio, zdecydowaliśmy się na odwiedziny w Kamakurze. Na przestrzeni XII i XIII wieku miasto pełniło funkcję stolicy kraju. Współczesnia Kamakura to niewielkie, dość turystyczne miasteczko, oferujące wizytującym liczne świątynie (jak to w byłych japońskich stolicach często bywa), ale także plażę.

Zmęczeni nieco harcami poprzedniej nocy, pierwsze swe kroki kierujemy właśnie ku wybrzeżu i plaży.

Już w drodze zauważamy duże ilości wielkich ptaszysk. Im bliżej plaży, tym osobników więcej. Niedługo potem napotykamy też porozwieszane ostrzeżenia. Zalecają one wystrzeganie się ptaszysk oraz bycie czujnym i przygotowanym na ewentualność ataku. Nie zrażając się, acz zachowując należyte środki ostrożności wkraczamy na plażę. Nie jest to z pewnością miejsce z rajskiej pocztówki, niemniej jednak i woda, i piasek są obecne. Moczenie się w czeluściach oceanu jest jak najbardziej dozwolone.

Tak to mniej więcej wygląda
Plaża w Kamakurze
Japończycy zdają się poważać namioty na plaży

Ciekawym zajęciem zdaje się też być obserwacja behawioru miejscowych. Naszą uwagę przykuwa m.in. osobnik uzbrojony w wiertarkę. Na szczęście nie musimy długo czekać na wyjaśnienie sytuacji – wiertarka, jak się okazuje, jest niezbędnym narzędziem do…wywiercania dziur na plażowe parasole!

Nacieszywszy się plażowaniem, wyruszamy w poszukiwaniu dalszych przygód. Po drodze zatrzymujemy się przy niewielkim stoisku z owocami. Wybieramy kilka ciekawych elementów, prosimy pana sprzedawcę (na migi) o rozkrojenie naszych zakupów. Na taką prośbę pan odbiera nasze owoce i znika. Po kilku minutach wraca, dzierżąc rozporcjowane i schludnie zapakowane (osobno dla każdego z naszej czwórki) owoce…Takie rzeczy chyba tylko w Japonii.

Gdzieś w Kamakurze

Niedaleko od pana z owocami napotykamy niewielką świątynię, a potem docieramy do sporego kompleksu Hasedera (bilet 300Y). Mimo niepozornego wyglądu z zewnątrz, teren świątyni okazuje się dość spory. Ku naszej uciesze znajduje się tam również kapliczka ku czci lisów. 

Wkraczając na teren świątyni zaleca się obmycie rąk

Hasedera

W końcu docieramy do chyba najbardziej znanego elementu Kamakury, a mianowicie posągu Wielkiego Buddy.

Wysoki na 11.4 m posąg jest drugim co do wielkości wizerunkiem Buddy w Japonii (największy okaz znajduje się w Narze, sprawdźcie ten wpis: http://liswplecaku.pl/2018/05/18/nara-i-himeji-pomysly-na-jednodniowke-z-kioto/). Historia kamakurskiego Buddy sięga roku 1252. Oryginalnie stał on wewnątrz świątyni, ta jednak spłonęła na przełomie XIV i XV wieku, i od tej pory przyszło mu bytować na zewnętrzu. Aby oglądać go w całej okazałości należy uiścić opłatę (200Y). Możliwe jest także zeksplorowanie Buddy od środka (za dodatkową opłatą), my przybywamy jednak zbyt późno i wstęp do czeluści nie jest już możliwy. Nasze oględziny potwierdzają wszelkie wcześniejsze doniesienia-Budda, trzeba przyznać, jest naprawdę duży.

Wielki Budda, Kamakura
Oto on!

Po spotkaniu z Wielkim Buddą dopada nas wielkie zmęczenie, ruszamy więc ku stacji. Po drodze zaopatrujemy się w lokalne piwko, a także napotykamy parę starszych Japończyków z psem na krótkich kończynach (typu Corgi). Pies ów (ku naszej niezmiernej radości) wyposażony jestw wózek  (zapewne w celu zapewnienia bardziej efektywnego przemieszczania, niż mogą zaoferować przykrótkie nóżki), a także poidło. Okazujemy napotkanemu zjawisku ogromny zachwyt. Japończycy też są zadowoleni. Widząc naszą radość, prezentują nam wszystkie elementy psiego ekwipunku. Od tej pory do naszego japońskiego zasobu wyrażeń dopisuje się „utsukushi inu” (piękny pies). Dodam w tym miejscu, że warto chwalić psy japońskie, entuzjazm ich właścicieli jest nie do opisania.

Tymczasem gdzieś w Japonii…

W końcu pakujemy się do pociągu i wracamy do Tokio. Tam czeka nas jeszcze kolacja w jednej z restauracji serwujących „jeżdżące sushi”, a następnego dnia wielki dzień: wyprawa do lisiej wioski.

Japonia

Dwa (intensywne) dni w Kioto

Kioto

Nasza podróż po Japonii miała plan dość napięty. Na zwiedzanie Kioto przeznaczyliśmy dwa pełne dni.

Kioto niewątpliwie odwiedzić trzeba. W przeciwieństwie do Tokio, ruchliwej i będącej w wiecznym pośpiechu metropolii, Kioto zdaje się być bardziej spokojne i niezwykle klimatyczne. Można spędzić wiele dni spacerując pośród niezliczonych świątyń, podziwiając japońską sztukę, czy kręcąc się po tajemniczych uliczkach  dzielnicy Gion. Nam na przygodę z Kioto musiały wystarczyć dwa (intensywne) dni. Z informacji praktycznych dodam, że po Kioto najlepiej poruszać się autobusem, a bilet całodniowy (nieograniczone przejazdy) to kosztu 500 jenów (2017).

Do Kioto docieramy wieczorem, oczywiście zmęczeni. Porzuciwszy dobytek udajemy się na żer do okolicznej knajpki. Nagle, ni stąd ni zowąd zaczyna się wielka ulewa. Na szczęście japońska uprzejmość daje o sobie znać. Zostajemy obdarowani parasolami i tak uzbrojeni przedzieramy się  do koczowiska.  Wieczór spędzamy oglądając japońskie reklamy. Ciężko chyba o lepszą rozrywkę po długim dniu niż lokalna telewizja. Zwłaszcza jedna z reklam przykuwa naszą uwagę. Na ekranie scena z pociągu: dwóch osobników w podróży, przy czym jeden popija specyfik o wdzięcznej nazwie „Strong Zero” i krótko mówiąc dostaje szału. Siedząca obok kobieta oburza się, jednak otrzymawszy puszkę napoju, błyskawicznie wpada w stan podobnej euforii. Nasz plan na jutro wzbogaca się więc o dodatkowy punkt: zdobyć ów płyn i empirycznie sprawdzić jego działanie.

Dzień 1. Kioto „klasyczne”

Od samego rana atakuje nasz upał i duchota. Jesteśmy jednak dzielni. Zaczynamy od położonego kilkanaście minut piechotą od naszego koczowiska zamku Nijo (a właściwie jego ogrodów, ponieważ w tym dniu wizytacje wnętrze nie były możliwe).  Przybytek ów zbudowany został w XVII wieku, jako siedziba pierwszego z szogunów. Później przez jakiś czas służył jako siedziba cesarza. Ponadto pełnił funkcję obronną. Niestety, jak wspomniałam dane nam były tylko oględziny zewnętrzne i spacer po ogrodach.

Zamek Nijo w Kioto
Brama zamku Nijo

Zamek Nijo w Kioto
Widok na zamek i ogrody

Pakujemy się do autobusu w kierunku dzielnicy Higashiyama. Jest to jedna z najstarszych i najlepiej zachowanych części dawnego Kioto. Przemieszczamy się po zatłoczonych uliczkach, które pełne są sklepików z pamiątkami. Wokół mnóstwo także ubranych w tradycyjne stroje Japończyków (i nie tylko). Przyjemność wypożyczenia kimona i innych dodatków jest niestety dość kosztowna (kilka tysięcy jenów w zależności od ilości elementów). 

Kioto, Higashiyama
Tłoczna Higashiyama

Na zboczach okalających dzielnicę pagórków mieszczą się niezliczone świątynie. Dziarsko ruszamy w ich kierunku. Na początku słynny, pocztówkowy kompleks buddyjskich świątyń Kiyomizu-dera – Świątynia Czystej Wody. Zarówno budynki, jak i otaczające widoki robią niesamowite (i bardzo „klasyczno-japońskie” wrażenie. Początki przybytku datuje się na VIII wiek. Trzeba jednak pamiętać, że większość obecnie istniejących budynków została dodana później, bądź zrekonstruowana. Oryginały sczezły bowiem w pożarach.

Kioto widok ogólny
Widok na Kioto

W Kioto lisów nigdy dość!
Nagroda za dzielne zwiedzanie 🙂

Kilka godzin zajmuje nam spacer po kolejnych przybytkach sakralnych. Wszystkie prezentują się niezwykle ciekawie, do każdego chciałoby się zajrzeć, ale w końcu i nas dopada lekka niemoc. Dopada nas lekki kryzys i ulewny deszcz. Stwierdzamy, że w tym przypadku siłę pomoże nam odzyskać tylko jeden specyfik – „Strong Zero”. Zakup wydawał się strzałem w dziesiątkę – puszka napoju jest niedroga (ok. 110 yenów), zawiera 9%(!!!) alk. i smakuje… jak typowa polska oranżada, taka ze szklanej butelki. Strong Zero występuje w kilku(nastu) wariantach smakowych, nam do gustu najbardziej przypadł ten pomarańczowy – smakował bowiem jak dostępna dawno temu w Polsce Kaskada.

Deszczowe Kioto
A tak świat zaczyna wyglądać po Strong Zero

Tak więc pierwsza puszka została skonsumowana, a deszcz przestał padać. Chodzimy jeszcze trochę, ale tym razem po sklepikach i stoiskach z suwenirami, po drodze nabywając drugą porcję strong zero (tyle smaków do odkrycia!). Zaczynamy też czuć, że „strong” w nazwie nie bierze się znikąd;) Tak więc postanawiamy coś zjeść i po długim krążeniu trafiamy do dziwnej knajpy, w której obsługa cały czas wykrzykuje jakieś niezrozumiałe japońskie komendy. W środku obecni wyłącznie autochtoni, więc wybór zdaje się być trafiony. Po odpoczynku udajemy się jeszcze do dzielnicy Gion, słynnej z bytujących tam gejsz. Niestety misja napotkania takowej zakończyła się niepowodzeniem, a nogi nasze odmawiały już posłuszeństwa. 

Gion nocą

Dzień 2. Złoty Pawilon i Świątynia Inari

Następny poranek objawił nam straszna prawdę o „Strong Zero”, no cóż…Powiem tylko, że wstawało się niełatwo. Niemniej jednak jakoś się wygrzebujemy na gorące zewnętrze i podróżujemy autobusem na podbój Złotego Pawilonu. Budynek jest co prawda rekonstrukcją oryginalnej willi (początkowo był to budynek mieszkalny, później przekształcony w świątynię), płonął bowiem dwukrotnie – raz na skutek wojny i po raz drugi, w 1950 roku, podpalony przez…chorego psychicznie mnicha. Jak nietrudno się domyślić Złoty Pawilon nie nos takiej nazwy bez przyczyny. Świątynia jest pokryta płatkami złota.

Złoty Pawilon w Kioto
Złoty Pawilon w całej okazałości

Popołudnie to czas na naszą wisienkę na torcie – Świątynię Fushimi Inari. Na miejsce dostajemy się pociągiem, korzystając z JR Passa. Inari to bogini wszelkiej pomyślności. Jej wysłannikami są natomiast (zakorzenione z resztą głęboko w japońskiej kulturze) lisy. Poza tysiącami pomarańczowych bram tori, świątynia jest pełna niezliczonych statuetek lisów. Przechodząc pod bramami wędrujemy po schodach w górę, na Wzgórze Inari. Po drodze można zaopatrzyć się w przeróżne lisie dobra, a także lisi przysmak – kitsune tofu (kitsune to po japońsku lis). Zachwytom i radości podczas eksploracji nie ma końca. Zobaczcie sami!

Fushimi Inari
Bramy Tori, Fushimi Inari
Znajdź lisy na obrazku

Tu też są…
I tu:)

 

Po oddaniu należnej czci wszelkim lisom, zmuszeni jesteśmy powrócić do Kioto. Wieczór spędzamy błąkając się po uliczkach Gionu, obserwując ludzi (i dziwy) i racząc się piwkiem z automatu (tak, w Japonii są automaty z piwem!).

Piwomat
Takie rzeczy tylko w Japonii 😉
Japonia

Tokio w jeden dzień? Czemu nie!

tokio (14)

Pierwsze dwa dni naszej wizyty w Japonii to zwiedzanie Tokio.

Ponieważ dzień pierwszy, po przylocie spędziliśmy raczej na ogólnym poznawaniu miasta klik , dzień drugi miał być intensywny. Zatem zwiedzanie Tokio czas zacząć!

Plan dnia: Asakusa – dzielnica świątyń, Ogrody Cesarskie, tłoczna Shibuya i „Tokio nocą”. Może wydaje się niewiele, ale…zobaczcie sami!

Dzień poważnego zwiedzania Tokio zaczęliśmy śniadaniem pt. „Produkty z 7-Eleven”. Pierwszy raz spróbowaliśmy m.in. sfermentowanej soi (natto) i mających nam od tej pory towarzyszyć niemal każdego dnia trójkątów onigiri.

Przystanek 1. Asakusa

Pierwszym punktem programu była, znajdująca się w dzielnicy Asakusa, nastarsza ze świątyń Tokio – Senso-ji. Początki tegoż przybytku notowane są na VII wiek n.e., warto jednak zaznaczyć, że został on poważnie zniszczony podczas drugiej wojny światowej, a więc obecnie mamy do czynienia z rekonstrukcją.

Świątynia Sensoji
Senso-ji w całej okazałości

Zanim dotarliśmy do świątynnego epicentrum, musieliśmy przemaszerować przez uliczkę wypełniana kramami oferującymi najróżniejsze suweniry (od starych poczciwych magnesików, przez kimona, skarpety do japonek, aż po krawaty dla kotów…).

Sklepiki Asakusa
Sklepiki Asakusy
Krawat dla kota
Krawat dla kota

Zwiedzając świątynię zainwestowaliśmy też w patyczkowe wróżby. Procedura takowa jest dość ciekawa. Otóż po wrzuceniu pieniążka (100 jenów), chwytamy metalową puszkę i potrząsamy nią tak długo, aż wydobędzie się z niej patyczek z numerkiem. Numerek zapamiętujemy, patyczek zwracamy do puszki. Następnie pośród rzędów znajdujących się obok szufladek należy wybrać taką, która ma numer taki sam jak zdobyty patyczek. W szufladce czeka na nas spisana wróżba! Jeśli rezultat jest pozytywny, zachowujemy dokument, jeśli nie – należy go umieścić w specjalnym miejscu (np. przywiązany do drzewa).

Patyczkowe wróżby w Japonii
Patyczkowe wróżby

Po wizytacji świątyni udaliśmy się na eksplorację jej okolic. Ta skutkowała m.in. zaopatrzeniem się w dziwne japonko-skarpety w czerwonookie króliki, a także napotkaniem przypadkowego pana, który poradził nam, że najlepszy widok na okolice świątyni jest z tarasu widokowego nad informacją turystyczną (za darmo!).

Asakusa z góry
Widok na Tokyo Tower

Przystanek 2. Ogrody Pałacu Cesarskiego

Jak zwiedzać Tokio, to na bogato! Tak właśnie jawiła nam się wizyta w Ogrodach Pałacu Cesarskiego. Planując wizytę w tychże ogrodach nie mogliśmy się jednak domyślać co nas spotka. Na początku zapowiadało się nieźle. Szukając wejścia, natknęliśmy się na Japończyków, którzy oznajmili nam, że nie możemy tam sobie tak po prostu wejść, ale możemy za to zostać ponumerowani (nie wiedzieć czemu Japończycy uwielbiają numerować i ustawiać ludzi w rządkach) i wejść (za darmo) z wycieczką. Nie spodziewając się niczego złego ustawiliśmy się grzecznie w kolejce. Po chwili zostaliśmy (wraz z grupą innych nieszczęśników) wprowadzeni do pomieszczenia, w którym miły pan oznajmił nam,że wycieczka będzie trwała 1:40 h i pod żadnym pozorem nie można jej wcześniej opuścić. Zaczęło się robić podejrzenie…Tak oto zostaliśmy zamknięci w największej pułapce całego wyjazdu. Wycieczka po terenie pałacu polegała na ponad 1,5 godzinnym obchodzeniu w koło wątpliwej urody betonowego budynku. Dodam do tego, że ucieczka faktycznie nie była możliwa, a ponadto wszystko odbywało się po japońsku i w pełnym skwarze. Pamiętajcie, nigdy nie dajcie się wprowadzić na teren Pałacu Cesarskiego! Nigdy!

Ogrody nie budziły podejrzeń
Wokół tego maszerowaliśmy
Ogrody cesarskie w Tokio
I tak nas pilnowano

Przystanek 3. Shibuya

Po cierpieniach związanych z przymusowym zwiedzaniem „ogrodów” przemieściliśmy do słynącej z gwaru i tłoku dzielnicy Shibuya. To właśnie tam znajduje się najruchliwsze skrzyżowanie w Japonii (a może i na świecie), które w godzinach szczytu przekracza jednocześnie nawet 1000 osób. Zanim jednak do niego dotarliśmy, zawędrowaliśmy pod inny, ikoniczny element tego miejsca. Mowa tu o pomniku wiernego psa Hatchiko. Na pewno wielu z Was widziało film opowiadający jego historię (a jeśli nie to polecam). Dzisiaj statuetka Hatchiko jest najpopularniejszym miejscem spotkań w stolicy Japonii.

Pomnik Hatchiko Tokio
Lis(y) w plecaku i Hatchiko
Shibuya
Przejście Shibuya
Shibuya crossing

Po odwiedzeniu Hatchiko i przeżyciu szoku związanego z natłokiem ludzi na słynnym skrzyżowaniu, trafiliśmy do restauracji sushi.

Sushi shibuya
Pierwsze sushi

Po jedzeniu, połączonym z odreagowywaniem stresu pourazowego związanego ze „zwiedzeniem” ogrodów, zaczęiśmy eksplorować przybytki handlowe Shibuyi. Ilość dziwów jest niepoliczalna i ciężko to opisać. Obeszliśmy kilka sklepów, zaglądnęliśmy do słynnych salonów gier (zgiełk nie do opisania, podobnie z resztą jak asortyment jaki można było wygrać w maszynach do gry), a na koniec trafiliśmy do osobliwego miejsca, w którym znajdowały się wyłącznie kabiny do robienia selfie… Nie zastanawiając się długo zrzuciliśmy się po stówce (koszt imprezy to 400 jenów) i zaatakowaliśmy. Na ekranie pokazywały się pozy jakie mamy przyjąć (wszystkie bardzo kawaii), a potem przeszliśmy do drugiej kabiny, w której mogliśmy edytować zdjęcia (żeby były jeszcze bardziej kawaii….). Po zakończeniu procedury maszyna wydrukowała nam dwa arkusze z naklejkowymi wersjami naszych słodziakowych foteczek. Takie rzeczy wyłącznie w Japonii.

I tak ciągle, w tej Japonii….

Przystanek 4. Taras widokowy Metropolitan Building

Z Shibuyi wydostaliśmy się niedługo przed zapadnięciem zmierzchu, chcieliśmy bowiem dostać się na 45-te piętro Metropolitan Building, na darmowy taras widokowy. Moim zdaniem jeden z wielu punktów obowiązkowych przy zwiedzaniu Tokio. Niestety wejście do budynku było nieco zakamuflowane i na miejscu byliśmy już po zmroku, ale widok i tak okazał się niesamowity. Krótko mówiąc, Tokio po prostu nie ma końca! Myślę, że zdjęcia mówią same za siebie.

Tokio nocą
Tokio nocą
Tokio nocą
Tokio nocą

Przystanek 5. Tokio nocą

Po całym dniu zaczęło dopadać nas zmęczenie. Postanowiliśmy zasiąść gdzieś przy piwku i kolacji. Biorąc pod uwagę wczorajsze doświadczenia z przypadkową knajpką pełną Japończyków, postanowiliśmy wysiąść z metra na przypadkowej stacji i iść do pierwszego napotkanego miejsca. Niestety nasze założenie się nie sprawdziło-trafiliśmy do mało żywotnej dzielnicy, a w dodatku do knajpy, gdzie pani skasowała nasz po 500 jenów/os za miejsce (gdy na naszych twarzach wymalowało się przerażenie, pani wykreśliła dopłatę;)).

Takoyaki w Tokio
Pierwsze tokoyaki

Byliśmy zmęczeni, więc zarzuciliśmy ideę szukania przypadkowych miejsc i pojechaliśmy do znanej nam z poprzedniego wieczora Akihabary. Znowu zasiedliśmy w jednej z mini-knajp, pełnej Japończyków no i się zaczęło… Znowu wzbudziliśmy zarówno powszechną atrakcję, jak i strach (nikt nic po angielsku), ale po chwili zawarliśmy odpowiednie znajomości i już było dobrze. W najróżniejsze sposoby porozumiewaliśmy się z miejscowymi i aż do czasu kiedy musieliśmy iść na ostatni pociąg, testowaliśmy lokalne przekąski i trunki.

Menu Japonia
Menu prawie zrozumiałe
Polsko-Japońska integracja
Wróciwszy do Ryogoku około północy (wtedy to kończy kursować metro!) nie chciało nam się wcale wracać do koczowiska (toż to piątkowy wieczór w Tokio!).

Obok stacji znajdował się budynek z popularnym w Japonii rozwiązaniem- restauracjami/barami umieszczonymi na wielu piętrach. Ujrzeliśmy w jednej z nich stadko wesołych Japończyków i zapragnęliśmy dołączyć.

Ryogoku nocą
Ryogoku nocą

Ku naszemu zdziwieniu, obliczenia okazały się niepoprawne i winda zabrała nas na inne piętro. Tam sprawy potoczyły się błyskawicznie. Pojawił się Pan, który kazał ściągnąć nam buty i zamknąć je w szafkach. Później wprowadził nas do kompartmentu przypominającego przedział PKP i tamże zamknął. W przedziale znajdował się stolik i tablety służące do zamawiania. Rozczarowani nieco brakiem możliwości interakcji z autochtonami, zamówiliśmy coś do picia. Niedługo później w drzwiach przedziału objawił się osobnik i zaproponował nam darmowe karaoke. Ochoczo przystaliśmy na propozycję i zostaliśmy wprowadzeni do innego przedziału, który był hmm…ciekawy. Prezentował się niczym plac zabaw dla dzieci, wszystkie ściany wyłożone były kolorowymi piankami, a poza standardowym zestawem do karaoke, obecną była także plastikowa zjeżdżalnia…No cóż, już nie pierwszy raz stwierdziliśmy,że Japonia to jednak stan umysłu. Po odbyciu śpiewów postanowiliśmy wrócić do koczowiska (a było już całkiem późno).

 

Japonia

Nagano i japońskie makaki

Nagano

Jigokudani, w okolicach Nagano, to miejsce gdzie możemy zobaczyć słynne japońskie makaki.

Dlaczego słynne? Ano zapewne wszyscy widzieliście kiedyś zdjęcie lub film, na którym małpy pławią się w gorących źródłach. Jeśli zastanawialiście gdzie one są, odpowiedź brzmi: oczywiście w Japonii! Jak nietrudno się domyślić, podróż nasza kładła duży nacisk na obcowanie ze zwierzyną.  Lisy już były. Pora na japońskie makaki!

pic by MatthewKane@unsplash

Aby odbyć wizytację małp najlepiej najpierw dostać się do Nagano, miasta położonego u stóp Alp Japońskich.

Niemal prosto z lisiej wioski dotarliśmy Shinkansenem do Nagano i próbowaliśmy znaleźć odpowiedni kierunek ewakuacji ze stacji. Nagle, nie stąd ni zowąd, podszedł do nas niepozorny Japończyk i zagadał po angielsku, zapytując czy przybyliśmy oglądać małpy itp. Nie wzbudził naszych najmniejszych podejrzeń, zwłaszcza, że już przyzwyczailiśmy się do radości autochtonów na nasz widok. Nagle osobnik przedstawił się jako pastor, zaintrodukował także swoją żonę i zaproponował nam jednomintuową modlitwę za naszą pomyślna podróż. „OK” pomyśleliśmy, z resztą nie bardzo było jak się wycofać. Rozochocony pastor nakazał nam zamknąć oczy i powtarzać bez przerwy, przez minutę ‘allelujaallelujaalleluja…’, klepiąc nas przy tym po ramieniu. Całą sytuacja wywołała w nas niemały szok i atak śmiechu przez łzy, w związku z czym wymowa naszego ‘alleluja’ była mało wyraźną. Niestety – nie było dane nam odejść dopóki grzecznie nie odmówiliśmy modłów przez zalecaną minutę. Na koniec wręczono nam wizytówkę pastora, certyfikat, iż zostaliśmy pobłogosławieni i pozwolono nam odejść.

Dworzec w Nagano
Pamiętny dworzec

Uznaliśmy, że chyba natychmiast trzeba zaaplikować piwko 😉 Zanim do tego doszło, zameldowaliśmy się w naszej noclegowni. Później wyruszyliśmy na poszukiwanie żywności. Niestety w naszych okolicach niczego takiego nie było, ale w końcu udało się znaleźć czynne jadłodajnie w centrum. Te jednak nie posiadały w swym menu nic wegetariańskiego, tak przynajmniej twierdziła spanikowana obsługa na widok czwórki przybyszów nie wiadomo skąd. Będąc w okolicach spożywczych: znajomy Japończyk wyznał mi kiedyś, że najlepsze sake pochodzą właśnie z regionu Nagano. Chcąc zakosztować trunku udaliśmy się do pobliskiego 7Eleven i po długich oględzinach zakupiliśmy…sake w kartoniku. Chyba to jednak nie o tym mi opowiadano…

Sake…

Na koniec dnia poszliśmy się jeszcze przejść po starszej części miasta, trafiając przy okazji na punkt widokowy, a na koniec odwiedziliśmy teoretycznie nieczynną już (o tej porze) świątynie Zenkō-ji z VII wieku(!). Jest to jedna z najstarszych buddyjskich świątyń w Japonii, a samo Nagano powstało właśnie z wioski rozbudowującej się wokół niej. Dzięki późnej porze uniknęliśmy tłumów i trzeba przyznać, że świątynia robiła niesamowite wrażenie.

Zenkō-ji Nagano
Świątynia Zenkō-ji

Pora jednak na osławione japońskie makaki!

Wiedzieliśmy, że z uwagi na raczej tropikalne temperatury nie uświadczymy małp w kąpieli, niemniej jednak chcieliśmy je nawiedzić. Z Nagano można się do nich dostać pociągiem (nie obowiązuje w nim JR Pass), albo autobusem. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się być zakup 1-dniowego ‚Monkey Pass’, który poza dowolnym środkiem transportu w obie strony obejmuje również bilet wstępu do parku i korzystanie z komunikacji miejskiej w Nagano (z tego jednak nie mieliśmy już czasu skorzystać). Pozostawiliśmy więc plecaki w skrytkach na dworcu i wyruszyliśmy ku zwierzynie autobusem. Warto wcześniej zaopatrzyć się w żywność , bo w okolicach parku są tylko 2 dość drogie knajpki i jeden automat z piciem (również nieco droższy niż zwykle). Do parku idzie się ok.30 min, w dość przyjemnych okolicznościach przyrody.

Makaki japońskie
W drodze do małp

Po dotarciu okazujemy bilety i wkraczamy na teren gorących źródeł.
Liczne makaki nic sobie z naszej wizytacji nie robią i spędzają gorący dzień głównie na spokojnym iskaniu się. Małpy są dosłownie wszędzie, poza wodą oczywiście, bo ta jest zdecydowanie za gorąca na tak upalny dzień. Japońskie makaki są zupełnie przyzwyczajone do wizytujących nieustannie małp typu ludzkiego toteż nie są ani groźne, ani natarczywe, właściwie są najzupełniej obojętne. Oczywiście warto zaznaczyć, że w razie nieobecności makaków nie obowiązuje zwrot kosztów! Obawialiśmy się takiego incydentu, ale jak widać na poniższych zdjęciach, problem nie miał miejsca.

japońskie makaki

 

Spędzamy ok. godziny na obserwacjach osławionych japońskich makaków (sam teren parku i gorących źródeł jest raczej mały) i powoli wracamy.

W drodze powrotnej napotykamy jeszcze:

1) nagiego Japończyka w gorących źródłach dla turystów, znajdujących się nieopodal

2) wyłaniającego się znikąd starszego pana mówiącego po angielsku (od sytuacji z misjonarzem trochę się takowych obawiamy), który okazuje się być niegroźny i daje nam pocztówki w ramach promowania regionu

3) wycieczkę małych Japończyków, wśród których wywołujemy wielka radość i każdy chcę nam powiedzieć ‚hello’ i podać rękę

Autochtoni

Drogę powrotną zamierzamy odbyć dla odmiany pociągiem. Żeby jednak się do niego dostać musimy złapać lokalny busik do miejscowości o nazwie Yudanaka (również w ramach Monkey Pass), a tam wsiąść do pociągu w kierunku Nagano. Okoliczne górskie miejscowości wyglądem przywodzą na myśl okolice Krościenka nad Dunajcem, czy Szczawnicy.

Japońskie Krościenko;)

Wróciwszy do Nagano jemy szybki obiad w jakiejś przydworcowej jadłodajni i wyruszamy do Kioto!

 

Japonia

Czy warto kupić Japan Rail Pass, i dlaczego tak?

shinkanesn

Często roztrząsanym dylematem osób planujących podróż do Kraju Kwitnącej Wiśni jest zakup Japan Rail Passa. 

Czym jest Japan Rail Pass? 

Japan Rail Pass to karnet uprawniający do nielimitowanej liczby przejazdów koleją na terenie całej Japonii (z pakietu wyłączone są niektóre pociągi, ale funkcjonowanie japońskiej kolei jest wręcz perfekcyjne, więc można poradzić sobie i bez nich). Można wykupić go na 7, 14 lub 21 dni i jest dostępny wyłącznie dla osób niemieszkających w Japonii. 

Japan Rail Pass jest sporą inwestycją, ale jeśli nie lubicie marnować czasu w podróży, chcecie eksplorować, a przebywanie zbyt długo w jednym miejscu przyprawia Was o zawroty głowy, jest to inwestycja trafiona! 

Poza nielimitowaną ilością przejazdów (a warto dodać, ze podroz japońską koleją to sama przjemnosc), zaletą posiadania JRPassa jest możliwość bezpłatnej rezerwacji miejsc w pociągach (na niektórych trasach bywa tłoczno, warto więc zadbać o swoje miejsce z wyprzedzeniem). 

Dodam jeszcze, że poza standarowymi JRPassami istnieją też karnety regionalne, przeważnie tańsze i będące doskonałą alternatywą dla tych, których podróż ogranicza się do danego regionu. 

Japan Rail Pass można zamówić przez kilka stron internetowych i jest on dostarczany przez kuriera. Ja korzystałam ze strony JRPass.com i mogę polecić. 

Pozwólcie mi jednak wyjaśnić dlaczego uważam Japan Rail Pass za wspaniały wynalazek!

Otóż nie lubię podróży zaplanowanych od A do Z a z RailPassem można dowolnie planować i kombinować. Nasza podróż do Japonii była w dużej mierze spontaniczna. Podczas 2,5 tygodnia podróży przejechaliśmy koleją ok. 4000 km, a z obliczeń wynika, że koszt karnetu zwrócił nam się około trzykrotnie. Zaraz z resztą zobaczycie sami! 

Tokio-Shiroishizao (5400 + 4950 = 10350) Shiroishizao-Nagano (7560 + 6700 = 14260 ) Nagano-Kioto (7340 + 4760 = 12100 – tylko do stacji przesiadkowej) Kioto-Nara-Kioto (2×710 = 1420) Kioto-Himeji (2270 + 2800 = 5070 ) Himeji-Fukuoka (8420 + 5190 = 13610) Fukuoka-Beppu (3540 + 3800=7340) Beppu-Yufuin (1110) Yufuin-Hiroshima (6700+6760 = 13460) Hiroshima-Kochi (6200+4250 = 10450) Kochi-Matsuyama (5240 + 4630 = 9870) Matsuyama-Osaka (6740 + 4150 = 10890) Osaka-Tokio (8750 + 5190 = 13940) 

 

Koszt 14 dniowego Japan Rail Pass = 46,390 YEN / Koszt naszych przejazdów = 123,870 YEN (nie wliczając rezerwacji miejsc to coś koło 70k) 

 

Dodatkową korzyść z Rail Pass to  wsponianana bezpłatna rezerwacja miejsc (wliczone powyżej). W większości przypadków rezerwowaliśmy miejsca bezpośrednio lub dzień przed wyjazdem (tylko w Shinkansenie z przesiadkowej Kanazawy do Kioto miejsc nie było-chcieliśmy rezerwować zaraz przed wyjazdem), ale bez problemu pojechaliśmy wagonem bez rezerwacji miejsc).
Poza tym Japan Rail Pass przydał się w podróżach po Tokio i Kioto (JR lines), oraz w HopON-HopOFF busie w Hiroshimie. 

Japonia

Jedyne takie miejsce na świecie, czyli japońska Wioska Lisów

DSCF9006

Miyagi Fox Village, bo tak brzmi nazwa tego przybytku, znajduje się ponad 300 km na północ od Tokio.

Na szczęście, dzięki japońskim pociągom podróż z głównego dworca w Tokio do Shiroishi, czyli z punktu wypadowego do lisiej wioski, trwa dokładnie 109 minut.

Zanim przez moją głowę przemknęła najdrobniejsza myśl o organizacji wyprawy do Japonii, wiedziałam już, że jest w tym kraju miejsce, które przy ewentualnej wizytacji odwiedzić muszę, a mianowicie: wioska lisów. Kiedy pewnego grudniowego poranka, natknęłam się na promocyjne loty do Tokio stwierdziłam, że należy lecieć, w końcu lisy same się nie odwiedzą.

Miyagi Fox Village – praktycznie

Aby dotrzeć do wioski lisów, najpierw pakujemy się do shinkansena (jak najlepiej podróżować japońskim pociagami pisalam tutaj ), z Tokio do Shiroishizao.

Po dotarciu do Shiroishi opcje „na lisy” są dwie, a właściwie trzy:

1. Busik (opcja najtańsza), który kursuje tylko we wtorki i piątki (my byliśmy tam akurat w niedzielę)

2. Rezerwacja noclegu w miejscowym hoteliku (http://yakushi-yu.com) i skorzystanie z ich shuttle busa (nie pasowało nam zostawać w tej okolicy na noc)

3. Podróż z dworca do lisów taksówką (opcja nietania ok. 4000 jenów w jedną stronę, ale wyjścia nie było)
Zapakowaliśmy się więc do taksówki, a wesoły pan kierowca okazał nam album pełen lisich zdjęć. Podróż do wioski trwa ok. pół godziny. Wstęp to koszt 1000 jenów/os, można bezpłatnie zostawić bagaż w recepcji.

Po otrzymaniu instrukcji i ostrzeżeń (np. że lisy mogą zechcieć nas obsikać) wkroczyliśmy w lisi świat. Pierwsze wrażenie było trochę nieciekawe, bowiem naszym oczom ukazały się liski w zamkniętych klatkach, wyglądające raczej na smutne. Utrzymywano, że jest to lisi szpital. Później, po przekroczeniu drugiej bramy znaleźliśmy się w świecie lisów wolnochodzących. Zachwytom nie było końca. Liski nic sobie nie robiły z naszej obecności, niektóre spacerowały ostentacyjnie nie zwracając uwagi na odwiedzających, inne spały, a jeszcze inne chętnie pozowały do zdjęć.

Za dodatkowe 100 jenów można było również lisy nakarmić.

Karmienie lisów:)
Głodomory

Nagle przez głośniki nadano komunikat o zbliżającym się ‘specjalnym wydarzeniu’. Niezwłocznie porzuciłyśmy wszystko i pobiegłyśmy do wyjścia. Nasz instynkt nas nie zawiódł-oto stałyśmy w kolejce do trzymania lisa. Radość naszą i duma były nie do opisania, zwłaszcza, że dwie osoby za nami zamknięto kolejkę. Obdarzono nas odblaskowymi odzieniami prewencyjnymi i kilka minut później trzymałyśmy w objęciach po sztuce lisa. Jak wspaniałe było to uczucie słowami opisać się nie da, ciepło i miękkość (żywego) lisa nie dają się zastąpić niczym.

Po ostudzeniu emocji i umyciu rąk, powoli zaczęliśmy się zbierać. Opuszczając wioskę lisów przechodzimy jeszcze przez sklep z lisimi suwenirami (niezbyt niestety ciekawymi) i w recepcji zamawiamy powrotną taksówkę. Wróciwszy do Shiroishi, wsiadamy do Shinkansena i podróżujemy do Nagano. Tam czeka nas kolejny zwierzęcy punkt wycieczki – japońskie makaki.