Please assign a menu to the primary menu location under menu

Z lisem w plecaku

O lotach, podróżach i innych dziwach. Podróże po świecie, zawsze z lisem w plecaku (i nie tylko!). Podążaj lisim tropem bez wychodzenia z domu!

Azja

Japonia

Kamakura – plaża, ptactwo i wielki Budda

KamakurA

Około godzinna podróż pociągiem z Tokio i oto jesteśmy nad oceanem! Cel dnia: Kamakura.

Spośród kilku potencjalnych jednodniowych eskapad z Tokio, zdecydowaliśmy się na odwiedziny w Kamakurze. Na przestrzeni XII i XIII wieku miasto pełniło funkcję stolicy kraju. Współczesnia Kamakura to niewielkie, dość turystyczne miasteczko, oferujące wizytującym liczne świątynie (jak to w byłych japońskich stolicach często bywa), ale także plażę.

Zmęczeni nieco harcami poprzedniej nocy, pierwsze swe kroki kierujemy właśnie ku wybrzeżu i plaży.

Już w drodze zauważamy duże ilości wielkich ptaszysk. Im bliżej plaży, tym osobników więcej. Niedługo potem napotykamy też porozwieszane ostrzeżenia. Zalecają one wystrzeganie się ptaszysk oraz bycie czujnym i przygotowanym na ewentualność ataku. Nie zrażając się, acz zachowując należyte środki ostrożności wkraczamy na plażę. Nie jest to z pewnością miejsce z rajskiej pocztówki, niemniej jednak i woda, i piasek są obecne. Moczenie się w czeluściach oceanu jest jak najbardziej dozwolone.

Tak to mniej więcej wygląda
Plaża w Kamakurze
Japończycy zdają się poważać namioty na plaży

Ciekawym zajęciem zdaje się też być obserwacja behawioru miejscowych. Naszą uwagę przykuwa m.in. osobnik uzbrojony w wiertarkę. Na szczęście nie musimy długo czekać na wyjaśnienie sytuacji – wiertarka, jak się okazuje, jest niezbędnym narzędziem do…wywiercania dziur na plażowe parasole!

Nacieszywszy się plażowaniem, wyruszamy w poszukiwaniu dalszych przygód. Po drodze zatrzymujemy się przy niewielkim stoisku z owocami. Wybieramy kilka ciekawych elementów, prosimy pana sprzedawcę (na migi) o rozkrojenie naszych zakupów. Na taką prośbę pan odbiera nasze owoce i znika. Po kilku minutach wraca, dzierżąc rozporcjowane i schludnie zapakowane (osobno dla każdego z naszej czwórki) owoce…Takie rzeczy chyba tylko w Japonii.

Gdzieś w Kamakurze

Niedaleko od pana z owocami napotykamy niewielką świątynię, a potem docieramy do sporego kompleksu Hasedera (bilet 300Y). Mimo niepozornego wyglądu z zewnątrz, teren świątyni okazuje się dość spory. Ku naszej uciesze znajduje się tam również kapliczka ku czci lisów. 

Wkraczając na teren świątyni zaleca się obmycie rąk

Hasedera

W końcu docieramy do chyba najbardziej znanego elementu Kamakury, a mianowicie posągu Wielkiego Buddy.

Wysoki na 11.4 m posąg jest drugim co do wielkości wizerunkiem Buddy w Japonii (największy okaz znajduje się w Narze, sprawdźcie ten wpis: http://liswplecaku.pl/2018/05/18/nara-i-himeji-pomysly-na-jednodniowke-z-kioto/). Historia kamakurskiego Buddy sięga roku 1252. Oryginalnie stał on wewnątrz świątyni, ta jednak spłonęła na przełomie XIV i XV wieku, i od tej pory przyszło mu bytować na zewnętrzu. Aby oglądać go w całej okazałości należy uiścić opłatę (200Y). Możliwe jest także zeksplorowanie Buddy od środka (za dodatkową opłatą), my przybywamy jednak zbyt późno i wstęp do czeluści nie jest już możliwy. Nasze oględziny potwierdzają wszelkie wcześniejsze doniesienia-Budda, trzeba przyznać, jest naprawdę duży.

Wielki Budda, Kamakura
Oto on!

Po spotkaniu z Wielkim Buddą dopada nas wielkie zmęczenie, ruszamy więc ku stacji. Po drodze zaopatrujemy się w lokalne piwko, a także napotykamy parę starszych Japończyków z psem na krótkich kończynach (typu Corgi). Pies ów (ku naszej niezmiernej radości) wyposażony jestw wózek  (zapewne w celu zapewnienia bardziej efektywnego przemieszczania, niż mogą zaoferować przykrótkie nóżki), a także poidło. Okazujemy napotkanemu zjawisku ogromny zachwyt. Japończycy też są zadowoleni. Widząc naszą radość, prezentują nam wszystkie elementy psiego ekwipunku. Od tej pory do naszego japońskiego zasobu wyrażeń dopisuje się „utsukushi inu” (piękny pies). Dodam w tym miejscu, że warto chwalić psy japońskie, entuzjazm ich właścicieli jest nie do opisania.

Tymczasem gdzieś w Japonii…

W końcu pakujemy się do pociągu i wracamy do Tokio. Tam czeka nas jeszcze kolacja w jednej z restauracji serwujących „jeżdżące sushi”, a następnego dnia wielki dzień: wyprawa do lisiej wioski.

Tajlandia

Songkran, czyli śmigus dyngus po tajsku.

water-fight-989540_1280pixabay.com

Rytualne polewanie się wodą kojarzy się przede wszystkim z Wielkanocą. Jednak Lany Poniedziałek to nie jedyny tego typu zwyczaj na świecie!

Ostatnią Wielkanoc spędziłam w Tajlandii, gdzie w tym czasie miały miejsce obchody tajskiego Nowego Roku. Songkran, bo o nim mowa to radosny festiwal, który do złudzenia przypomina polski śmigus-dyngus, ponieważ nieodłączną jego częścią jest właśnie lanie się wodą!

Zobaczcie jak świętuje się tajski Nowy Rok w Bangkoku!

W centrum wydarzeń znaleźliśmy się niedługo po dotarciu do dzielnicy Khao San. Dotarliśmy tam wodnym tramwajem, a zaraz po wstąpieniu na ląd stały naszym oczom ukazały się liczne grupy autochtonów wyposażonych w butelki, wiadra i inną broń wodną. Szczerze mówiąc przyjęliśmy to z lekkim przerażeniem i początkowo próbowaliśmy stąpać godnie i na sucho.

Tajski nowy rok
Na początku zapowiadało się niewinnie

Przysiedliśmy w jakiejś knajpce na obiad i poczęliśmy obserwować sytuację. Otóż przy stoliku obok siedział łowca! Wyposażony w wielką wodną spluwę, atakował ludzi ukrywając się potem niewinnie za stołem i spożywając swojego changa i pad thaia. Z każdą chwilą na ulicy przybywało uzbrojonych, w najróżniejszym wieku, począwszy od dzieciaków po całkiem leciwe babcie. Podstawowe wyposażenie składało się na karabin, który za niewielką opłatą można było załadować wodą w wielkich kontenerach.

songkran bangkok
Po uzupełnieniu kalorii (płynnych i stałych), ruszyliśmy dalej i weszliśmy w zamkniętą (w celu walk wodnych) ulicę. Okazało się, że to już najwyższa pora schować suchość do kieszeni. Niestety, bycie atakowanym bez możliwości obrony, szybko nam się uprzykrzyło i zgodnie stwierdziliśmy, że raz się żyje i…zaopatrzyliśmy się w karabin. Zabawa, trzeba przyznać, była przednia (oprócz tego razu, kiedy ktoś mi wylał wiaderko wody prosto na twarz, a w mojej głowie powstał obraz cyklu rozwojowego ameby, która właśnie mogła się zalęgnąć w moim oku). Niestety dokumentacja jest, z wiadomych przyczyn, dość wybrakowana. Niemniej jednak po trudach walki, przysiedliśmy w jakieś knajpce przy piwku i próbowaliśmy coś uwiecznić.

tajski nowy rok

tajski nowy rok songkran w bangkoku
Niektórzy wiedzieli jak się ubrać;)
lis w plecaku w tajlandii
Lis w akcji!

Warto dodać, że świętowanie trwa dwa dni i nie ogranicza się tylko do Khao San! W tym czasie ciężko się po Bangkoku poruszać pozostając suchym. Na szczęście temperatury są wysokie, więc wiadro zimnej wody wcale nie jest takie najgorsze. Warto tylko uważać na ameby!

Jak Wam się podobają takie noworoczne celebracje?

Japonia

Tokio w jeden dzień? Czemu nie!

tokio (14)

Pierwsze dwa dni naszej wizyty w Japonii to zwiedzanie Tokio.

Ponieważ dzień pierwszy, po przylocie spędziliśmy raczej na ogólnym poznawaniu miasta klik , dzień drugi miał być intensywny. Zatem zwiedzanie Tokio czas zacząć!

Plan dnia: Asakusa – dzielnica świątyń, Ogrody Cesarskie, tłoczna Shibuya i „Tokio nocą”. Może wydaje się niewiele, ale…zobaczcie sami!

Dzień poważnego zwiedzania Tokio zaczęliśmy śniadaniem pt. „Produkty z 7-Eleven”. Pierwszy raz spróbowaliśmy m.in. sfermentowanej soi (natto) i mających nam od tej pory towarzyszyć niemal każdego dnia trójkątów onigiri.

Przystanek 1. Asakusa

Pierwszym punktem programu była, znajdująca się w dzielnicy Asakusa, nastarsza ze świątyń Tokio – Senso-ji. Początki tegoż przybytku notowane są na VII wiek n.e., warto jednak zaznaczyć, że został on poważnie zniszczony podczas drugiej wojny światowej, a więc obecnie mamy do czynienia z rekonstrukcją.

Świątynia Sensoji
Senso-ji w całej okazałości

Zanim dotarliśmy do świątynnego epicentrum, musieliśmy przemaszerować przez uliczkę wypełniana kramami oferującymi najróżniejsze suweniry (od starych poczciwych magnesików, przez kimona, skarpety do japonek, aż po krawaty dla kotów…).

Sklepiki Asakusa
Sklepiki Asakusy
Krawat dla kota
Krawat dla kota

Zwiedzając świątynię zainwestowaliśmy też w patyczkowe wróżby. Procedura takowa jest dość ciekawa. Otóż po wrzuceniu pieniążka (100 jenów), chwytamy metalową puszkę i potrząsamy nią tak długo, aż wydobędzie się z niej patyczek z numerkiem. Numerek zapamiętujemy, patyczek zwracamy do puszki. Następnie pośród rzędów znajdujących się obok szufladek należy wybrać taką, która ma numer taki sam jak zdobyty patyczek. W szufladce czeka na nas spisana wróżba! Jeśli rezultat jest pozytywny, zachowujemy dokument, jeśli nie – należy go umieścić w specjalnym miejscu (np. przywiązany do drzewa).

Patyczkowe wróżby w Japonii
Patyczkowe wróżby

Po wizytacji świątyni udaliśmy się na eksplorację jej okolic. Ta skutkowała m.in. zaopatrzeniem się w dziwne japonko-skarpety w czerwonookie króliki, a także napotkaniem przypadkowego pana, który poradził nam, że najlepszy widok na okolice świątyni jest z tarasu widokowego nad informacją turystyczną (za darmo!).

Asakusa z góry
Widok na Tokyo Tower

Przystanek 2. Ogrody Pałacu Cesarskiego

Jak zwiedzać Tokio, to na bogato! Tak właśnie jawiła nam się wizyta w Ogrodach Pałacu Cesarskiego. Planując wizytę w tychże ogrodach nie mogliśmy się jednak domyślać co nas spotka. Na początku zapowiadało się nieźle. Szukając wejścia, natknęliśmy się na Japończyków, którzy oznajmili nam, że nie możemy tam sobie tak po prostu wejść, ale możemy za to zostać ponumerowani (nie wiedzieć czemu Japończycy uwielbiają numerować i ustawiać ludzi w rządkach) i wejść (za darmo) z wycieczką. Nie spodziewając się niczego złego ustawiliśmy się grzecznie w kolejce. Po chwili zostaliśmy (wraz z grupą innych nieszczęśników) wprowadzeni do pomieszczenia, w którym miły pan oznajmił nam,że wycieczka będzie trwała 1:40 h i pod żadnym pozorem nie można jej wcześniej opuścić. Zaczęło się robić podejrzenie…Tak oto zostaliśmy zamknięci w największej pułapce całego wyjazdu. Wycieczka po terenie pałacu polegała na ponad 1,5 godzinnym obchodzeniu w koło wątpliwej urody betonowego budynku. Dodam do tego, że ucieczka faktycznie nie była możliwa, a ponadto wszystko odbywało się po japońsku i w pełnym skwarze. Pamiętajcie, nigdy nie dajcie się wprowadzić na teren Pałacu Cesarskiego! Nigdy!

Ogrody nie budziły podejrzeń
Wokół tego maszerowaliśmy
Ogrody cesarskie w Tokio
I tak nas pilnowano

Przystanek 3. Shibuya

Po cierpieniach związanych z przymusowym zwiedzaniem „ogrodów” przemieściliśmy do słynącej z gwaru i tłoku dzielnicy Shibuya. To właśnie tam znajduje się najruchliwsze skrzyżowanie w Japonii (a może i na świecie), które w godzinach szczytu przekracza jednocześnie nawet 1000 osób. Zanim jednak do niego dotarliśmy, zawędrowaliśmy pod inny, ikoniczny element tego miejsca. Mowa tu o pomniku wiernego psa Hatchiko. Na pewno wielu z Was widziało film opowiadający jego historię (a jeśli nie to polecam). Dzisiaj statuetka Hatchiko jest najpopularniejszym miejscem spotkań w stolicy Japonii.

Pomnik Hatchiko Tokio
Lis(y) w plecaku i Hatchiko
Shibuya
Przejście Shibuya
Shibuya crossing

Po odwiedzeniu Hatchiko i przeżyciu szoku związanego z natłokiem ludzi na słynnym skrzyżowaniu, trafiliśmy do restauracji sushi.

Sushi shibuya
Pierwsze sushi

Po jedzeniu, połączonym z odreagowywaniem stresu pourazowego związanego ze „zwiedzeniem” ogrodów, zaczęiśmy eksplorować przybytki handlowe Shibuyi. Ilość dziwów jest niepoliczalna i ciężko to opisać. Obeszliśmy kilka sklepów, zaglądnęliśmy do słynnych salonów gier (zgiełk nie do opisania, podobnie z resztą jak asortyment jaki można było wygrać w maszynach do gry), a na koniec trafiliśmy do osobliwego miejsca, w którym znajdowały się wyłącznie kabiny do robienia selfie… Nie zastanawiając się długo zrzuciliśmy się po stówce (koszt imprezy to 400 jenów) i zaatakowaliśmy. Na ekranie pokazywały się pozy jakie mamy przyjąć (wszystkie bardzo kawaii), a potem przeszliśmy do drugiej kabiny, w której mogliśmy edytować zdjęcia (żeby były jeszcze bardziej kawaii….). Po zakończeniu procedury maszyna wydrukowała nam dwa arkusze z naklejkowymi wersjami naszych słodziakowych foteczek. Takie rzeczy wyłącznie w Japonii.

I tak ciągle, w tej Japonii….

Przystanek 4. Taras widokowy Metropolitan Building

Z Shibuyi wydostaliśmy się niedługo przed zapadnięciem zmierzchu, chcieliśmy bowiem dostać się na 45-te piętro Metropolitan Building, na darmowy taras widokowy. Moim zdaniem jeden z wielu punktów obowiązkowych przy zwiedzaniu Tokio. Niestety wejście do budynku było nieco zakamuflowane i na miejscu byliśmy już po zmroku, ale widok i tak okazał się niesamowity. Krótko mówiąc, Tokio po prostu nie ma końca! Myślę, że zdjęcia mówią same za siebie.

Tokio nocą
Tokio nocą
Tokio nocą
Tokio nocą

Przystanek 5. Tokio nocą

Po całym dniu zaczęło dopadać nas zmęczenie. Postanowiliśmy zasiąść gdzieś przy piwku i kolacji. Biorąc pod uwagę wczorajsze doświadczenia z przypadkową knajpką pełną Japończyków, postanowiliśmy wysiąść z metra na przypadkowej stacji i iść do pierwszego napotkanego miejsca. Niestety nasze założenie się nie sprawdziło-trafiliśmy do mało żywotnej dzielnicy, a w dodatku do knajpy, gdzie pani skasowała nasz po 500 jenów/os za miejsce (gdy na naszych twarzach wymalowało się przerażenie, pani wykreśliła dopłatę;)).

Takoyaki w Tokio
Pierwsze tokoyaki

Byliśmy zmęczeni, więc zarzuciliśmy ideę szukania przypadkowych miejsc i pojechaliśmy do znanej nam z poprzedniego wieczora Akihabary. Znowu zasiedliśmy w jednej z mini-knajp, pełnej Japończyków no i się zaczęło… Znowu wzbudziliśmy zarówno powszechną atrakcję, jak i strach (nikt nic po angielsku), ale po chwili zawarliśmy odpowiednie znajomości i już było dobrze. W najróżniejsze sposoby porozumiewaliśmy się z miejscowymi i aż do czasu kiedy musieliśmy iść na ostatni pociąg, testowaliśmy lokalne przekąski i trunki.

Menu Japonia
Menu prawie zrozumiałe
Polsko-Japońska integracja
Wróciwszy do Ryogoku około północy (wtedy to kończy kursować metro!) nie chciało nam się wcale wracać do koczowiska (toż to piątkowy wieczór w Tokio!).

Obok stacji znajdował się budynek z popularnym w Japonii rozwiązaniem- restauracjami/barami umieszczonymi na wielu piętrach. Ujrzeliśmy w jednej z nich stadko wesołych Japończyków i zapragnęliśmy dołączyć.

Ryogoku nocą
Ryogoku nocą

Ku naszemu zdziwieniu, obliczenia okazały się niepoprawne i winda zabrała nas na inne piętro. Tam sprawy potoczyły się błyskawicznie. Pojawił się Pan, który kazał ściągnąć nam buty i zamknąć je w szafkach. Później wprowadził nas do kompartmentu przypominającego przedział PKP i tamże zamknął. W przedziale znajdował się stolik i tablety służące do zamawiania. Rozczarowani nieco brakiem możliwości interakcji z autochtonami, zamówiliśmy coś do picia. Niedługo później w drzwiach przedziału objawił się osobnik i zaproponował nam darmowe karaoke. Ochoczo przystaliśmy na propozycję i zostaliśmy wprowadzeni do innego przedziału, który był hmm…ciekawy. Prezentował się niczym plac zabaw dla dzieci, wszystkie ściany wyłożone były kolorowymi piankami, a poza standardowym zestawem do karaoke, obecną była także plastikowa zjeżdżalnia…No cóż, już nie pierwszy raz stwierdziliśmy,że Japonia to jednak stan umysłu. Po odbyciu śpiewów postanowiliśmy wrócić do koczowiska (a było już całkiem późno).

 

Hong Kong

Azja na weekend? Czemu nie! Weekend w Hong Kongu

Hong Kong

Lotnicze okazje potrafią pojawić się znikąd. Często problemem jest brak czasu na podróże… Czy długi weekend  w Azji to dobry pomysł?

Już dwukrotnie miałam sposobność wybrać się do Azji na „długi weekend”. Za pierwszym razem trafiłam przy takiej okazji właśnie na weekend w Hong Kongu, odwiedzając również nieodległe Makau.

Czy warto? Przekonajcie się sami!

Weekend w Hong Kongu

Bilety do Hong Kongu w naprawdę niezłej cenie objawiły mi się w lutym, a termin wylotu był dopiero w listopadzie. Stwierdzając, że „jakoś to będzie” nie wahałam się z zakupem. Wylot w środę wieczorem i powrót w poniedziałek wieczorem dawał nam niemal cztery pełne dni na miejscu – a wiec wystarczająco dużo, żeby zobaczyć to i owo.

Do Hong Kongu dotarlismy w czwartek wieczorem po locie z przesiadka w Istambule.

Naszą bazą na weekend w Hong Kongu był jeden z „hosteli” w budynku Chungking Mansions. O miejscu tym można by sporo opowiadać…Zacznę od tego, że jest to ogromny, 17-piętrowy budynek, który w swych czeluściach kryje mikrohosteliki, mieszkania, restauracje, sklepy, stoiska handlu najróżniejszym szpejowstwem i strach wiedzieć co jeszcze. Niemniej jednak to najtańsza baza noclegowa w Hong Kongu, a jako że nie mamy w zwyczaju spędzać w noclegowniach więcej czasu niż to konieczne zdecydowaliśmy się na tą opcję. Klitka nasza mieściła się na 6. piętrze, przy czym warto zaznaczyć, że samo dostanie się do niej było wielce ciekawym zjawiskiem. Otóż każdy sektor budynku posiada dwie, zatrzymujące się na różnych piętrach windy, do których wiecznie są kolejki, a porządku pilnuje postać windowego. Wszystko to zajmuje sporo czasu, ale po próbie użycia schodów, na których można było się natknąć na dziwne postacie i inne elementy, grzecznie kolejkowaliśmy do windy za każdym razem. Pokój w tym przybytku ma wielkość łóżka a w łazience dosłownie stoi się na kibelku biorąc prysznic. Okien brak.

Tak czy inaczej, jeśli ktoś szuka noclegowni po kosztach to da się przeżyć. No i lokalizacja zdecydowanie na ogromny plus!

Chungking mansion winda
Windokolejkowanie

Weekend w Hong Kongu – prolog

Na dobre rozpoczęcie weekendu, udaliśmy się na spacer po Hong Kongu.Był listopad, temperatura prawie 30 stopni, a dookoła nas mnóstwo świątecznych dekoracji. Wszędzie mnóstwo ludzi. Po przylocie z zimnej i niezbyt tłocznej Finlandii, pierwsze spotkanie z Hong Kongiem było dość szokujące. Nie przejmując się zbytnio, nasze kroki skierowaliśmy na nieodległą od naszego przybytku promenadę, z której roztacza się ikoniczny widok na wyspę Hong Kong i jej biznesowe centrum.

Widok Hong Kongu
Pierwsze spotkanie z Hong Kongiem

Piątek, piąteczek….

Po odespaniu podróży rozpoczęliśmy właściwą eksplorację i misja „Weekend w Hong Kongu” rozpoczęła się na dobre.

Na początek naszym celem padł Ogród Nan Lian, będące oazą spokoju położoną zaledwie kilka przystanków metrem od tłocznego centrum. Ten otwarty stosunkowo niedawno, bo w 2006 roku, park jest tradycyjnym ogrodem w stylu chińskim. Niestety w styl ten wpisują się też liczne sadzawki pełne olbrzymich kolorowych karpi. Jeśli jednak nie zwracamy większej uwagi na owe kreatury, bądź jesteśmy miłośnikami tego typu zwierzyny, możemy całkiem miło spędzić czas.

Nieopodal Ogrodu mieści się też buddyjski klasztor i świątynia Chi Lin, której przy okazji nie sposób nie odwiedzić.

Po spokojniejszym wstępie wracamy do gwaru miasta, i to gwaru w najlepszym tego słowa znaczeniu. Udajemy się bowiem do dzielnicy Mong Kok, która podobnież jest najbardziej zatłoczonym miejscem na świecie (internety podają zagęszczenie ludności wynoszące 130 tys. ludzi/km2, dla porównania w Krakowie jest to ok. 2346 osób/km2). Dzielnica pełna ludzi, hałasów i kolorów oferuje niezliczoną ilość restauracji, budek z jedzeniem (serwujących m. in. słynne egg puffs) i targowisk, na których można kupić dosłownie wszystko. Przeciskając się przez tabuny ludzi obserwujemy dziwy, jemy co nieco a nawet wpadamy na piwko do baru, który jest prowadzony przez znajomego naszego znajomego z Helsinek (taki ten świat mały).

Co można robić w piątkowy wieczór w Hong Kongu? Ano można się udać na piwny festiwal!

Informację o Beertopii, festiwalu piwnym odbywającym się akurat w czasie naszej wizytacji znalazłam przypadkiem. Nieprzypadkowo zupełnie jednak postanowiliśmy się tam wybrać. Cóż może być lepszego po całym dniu solidnej eksploracji niż zimne piwko? Ano nic! Do tego w cenie biletu zawarte było piwne szkło z… (uwaga!) pandą! Lis oczywiście byłby jeszcze lepszy, ale panda również zasługuje na odpowiedni szacunek. Na festiwalu można było spróbować piw z różnych krajów, oczywiście najbardziej interesowały nas wyroby azjatyckie. Moim osobistym faworytem został kokosowy porter z wietnamskiego Pasteur Street. Już trochę czasu minęło i trochę kokosowych porterów dane mi było testować, ale żaden nie równa się z tamtym. Jak można się domyślić, Beertopia była ulubioną częścią wycieczki dla Lisoida.

Weekend w Hong Kongu, odc. 2 – sobota

W sobotę wsiadamy na prom i przedostajemy się na wyspę Hong Kong. Można się tam dostać również metrem, ale podróż promem jest niesamowicie tania i w przeciwieństwie do tej podziemnej, możemy liczyć na fajne widoki.

Spacer wśród drapaczy chmur w dzielnicy biznesowej robi spore wrażenie, a dla ochłody można się od czasu do czasu schować w jednym z licznych centrum handlowych.Ciekawą atrakcją tej części miasta są, niewystępujące chyba nigdzie indziej, piętrowe tramwaje.

Po wieżowcach przyszedł czas na odpoczynek od tłumów. Pomaszerowaliśmy więc do Ogrodów Botanicznych, na których terenie znajduje się też małe ZOO (którego warunki były niezbyt z resztą zachwycające…). Warto zaznaczyć, że jest to jeden z najstarszych kompleksów zoo-botanicznych na świecie.

Odpocząwszy pośród roślinności powoli wróciliśmy do bardziej żywotnej części miasta. Dotarliśmy do najdłuższych (800 m) schodów ruchomych świata, które łączą biznesową dzielnicę Central z Mid Levels. Oczywiście schody mają kilka „przystanków”, na których można je opuścić. Dookoła pełno jest targowisk i knajpek, pośród których warto pobuszować.

Pod wieczór wracamy na wybrzeże, mając tym razem widok na „naszą” stronę promenady (wciąż jesteśmy na wyspie Hong Kong). Jako że głód doskwierał nam dość konkretnie rozpoczęliśmy przemarsz ku znalezionej w Internecie wegetariańskiej restauracji.

Na koniec dnia wróciliśmy na drugą stronę wody, odwiedzając jeszcze ichnią Aleję Gwiazd, na której znajduje się pomnik Bruce Lee. Później jeszcze pokaz świateł na promenadzie i trochę więcej włóczenia tu i tam (bo cóż to za dzień wakacyjny jeśli się ma mniej  niż 25 km w nogach?!).

Niedziela. Weekend w Hong Kongu, ale nie do końca

W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę do drugiego, oprócz Hong Kongu, specjalnego regionu administracyjnego Chin, czyli Makau. Podróż promem zajmuje nieco dłużej niż godzinę. Słynące dzisiaj z wielkiej liczby kasyn (i rzekomo przepływów gotówki znacznie wyższych niż Las Vegas), Makau było pierwszą i najdłużej istniejącą europejską kolonią na terenie Chin. Doskonale czuć tam wpływy portugalskie – zarówno architektura jak i nazwy ulic, oraz serwowane wszędzie pasteis de nata, sprawiają wrażenie zupełnie nieazjatyckie. Poza kasynami, ciekawostką Makau są ruiny katedry św. Pawła. Dlaczego? Otóż katedra miała pecha, płonęła bowiem trzykrotnie. Co ciekawe, po ostatnim z pożarów, ostało się ni mniej, ni więcej tylko przednia fasada świątyni. Będąc w Makau warto też wybrać się na wzgórze Guia. Znajduje się tam zaytkowy fort i latarnia morska, a na szczyt możemy dostać się kolejką linową.  Gdzieś w między czasie zjadamy obiad w restauracji, która najlepiej nie wygląda, ale za to serwuje spory wybór dań w wersji wegetariańskiej. Wieczorem wracamy do Hong Kongu.

Poniedziałek…

Przeważnie jest tak, że weekend kończy się w niedzielę. My chcieliśmy jednak oszukać i przedłużyć nasz o poniedziałek. W planie była wizyta na Victoria Peak, miejsca z którego można obserwować panoramę Hong Kongu w trybie pocztówkowym, a także zakupy. Niemniej jednak koniec weekendu to koniec weekendu. Nawet takiego weekendu w Hong Kongu! Otóż wizyta w restauracji w Makau przysporzyła mi pierwszej, prawdziwie azjatyckiej hmm..przygody żołądkowej. Nie ma co tu przytaczać szczegółów, jedno jest pewne – z planów wyszły nici a dzień był bardzo kiepski…

 

A zatem. „Weekend w Hong Kongu” – czy warto?

Oczywiście, że tak! Przedłużony weekend w Azji to świetny pomysł, zwłaszcza, że w Polsce mamy takich możliwości przeważnie kilka w roku. Jeśli więc uda nam się takową połączyć z odpowiednią lotniczą promocją – przepis na błyskawiczne wakacje jest prosty. Kilka listopadowych dni spędzonych w ciepłym kraju, pyszne lokalne jedzenie (w tym przypadku może to brzmieć podejrzanie, ale poza nieszczęśliwym Makau, po którym cierpiałam tylko ja, reszta jedzenia była jak najbardziej na plus!) i polatanie sobie troszkę, potrafią na długo doładować akumulatory.

 

 

 

Japonia

Jedyne takie miejsce na świecie, czyli japońska Wioska Lisów

DSCF9006

Miyagi Fox Village, bo tak brzmi nazwa tego przybytku, znajduje się ponad 300 km na północ od Tokio.

Na szczęście, dzięki japońskim pociągom podróż z głównego dworca w Tokio do Shiroishi, czyli z punktu wypadowego do lisiej wioski, trwa dokładnie 109 minut.

Zanim przez moją głowę przemknęła najdrobniejsza myśl o organizacji wyprawy do Japonii, wiedziałam już, że jest w tym kraju miejsce, które przy ewentualnej wizytacji odwiedzić muszę, a mianowicie: wioska lisów. Kiedy pewnego grudniowego poranka, natknęłam się na promocyjne loty do Tokio stwierdziłam, że należy lecieć, w końcu lisy same się nie odwiedzą.

Miyagi Fox Village – praktycznie

Aby dotrzeć do wioski lisów, najpierw pakujemy się do shinkansena (jak najlepiej podróżować japońskim pociagami pisalam tutaj ), z Tokio do Shiroishizao.

Po dotarciu do Shiroishi opcje „na lisy” są dwie, a właściwie trzy:

1. Busik (opcja najtańsza), który kursuje tylko we wtorki i piątki (my byliśmy tam akurat w niedzielę)

2. Rezerwacja noclegu w miejscowym hoteliku (http://yakushi-yu.com) i skorzystanie z ich shuttle busa (nie pasowało nam zostawać w tej okolicy na noc)

3. Podróż z dworca do lisów taksówką (opcja nietania ok. 4000 jenów w jedną stronę, ale wyjścia nie było)
Zapakowaliśmy się więc do taksówki, a wesoły pan kierowca okazał nam album pełen lisich zdjęć. Podróż do wioski trwa ok. pół godziny. Wstęp to koszt 1000 jenów/os, można bezpłatnie zostawić bagaż w recepcji.

Po otrzymaniu instrukcji i ostrzeżeń (np. że lisy mogą zechcieć nas obsikać) wkroczyliśmy w lisi świat. Pierwsze wrażenie było trochę nieciekawe, bowiem naszym oczom ukazały się liski w zamkniętych klatkach, wyglądające raczej na smutne. Utrzymywano, że jest to lisi szpital. Później, po przekroczeniu drugiej bramy znaleźliśmy się w świecie lisów wolnochodzących. Zachwytom nie było końca. Liski nic sobie nie robiły z naszej obecności, niektóre spacerowały ostentacyjnie nie zwracając uwagi na odwiedzających, inne spały, a jeszcze inne chętnie pozowały do zdjęć.

Za dodatkowe 100 jenów można było również lisy nakarmić.

Karmienie lisów:)
Głodomory

Nagle przez głośniki nadano komunikat o zbliżającym się ‘specjalnym wydarzeniu’. Niezwłocznie porzuciłyśmy wszystko i pobiegłyśmy do wyjścia. Nasz instynkt nas nie zawiódł-oto stałyśmy w kolejce do trzymania lisa. Radość naszą i duma były nie do opisania, zwłaszcza, że dwie osoby za nami zamknięto kolejkę. Obdarzono nas odblaskowymi odzieniami prewencyjnymi i kilka minut później trzymałyśmy w objęciach po sztuce lisa. Jak wspaniałe było to uczucie słowami opisać się nie da, ciepło i miękkość (żywego) lisa nie dają się zastąpić niczym.

Po ostudzeniu emocji i umyciu rąk, powoli zaczęliśmy się zbierać. Opuszczając wioskę lisów przechodzimy jeszcze przez sklep z lisimi suwenirami (niezbyt niestety ciekawymi) i w recepcji zamawiamy powrotną taksówkę. Wróciwszy do Shiroishi, wsiadamy do Shinkansena i podróżujemy do Nagano. Tam czeka nas kolejny zwierzęcy punkt wycieczki – japońskie makaki.