Please assign a menu to the primary menu location under menu

Kolumbia

Salento: kawa i palmy

cocora

Kawa i palmy – a więc musi być dobrze!

Z amazońskiej Leticii przedostajemy się drogą powietrzną do Pereiry. Naszym celem jest przede wszystkim Zona Cafetera i Dolina Cocory. Przy okazji na szybko zwiedzamy Pereirę – plac Bolivara (jak to w każdym kolumbijskim mieście) i katedrę.

Wewnątrz katedry w Pereirze

Ponieważ nie ma co tracić czasu, ruszamy na dworzec i pakujemy się w busik do turystycznej miejscowości Salento – bazy wypadowej do kawowych plantacji i słynącej z najwyższych palm świata – Doliny Cocory.

Na początek jednak coś o kawie. Kolumbia jest trzecim producentem tejże na świecie. Klimat i odpowiednia wysokość, na której znajduje się „Zona Cafetera” sprzyja uprawie ziaren arabiki. Co więcej, tereny kolumbijskich kawo-upraw zostały wpisane na listę dziedzictwa UNESCO. Wszystko brzmi pysznie, jest jednak spore ALE…Otóż kawa jest ważnym dla kolumbijskiej gospodarki towarem eksportowym, toteż ogromną większość ziaren (a zwłaszcza dobrej jakości ziaren zaliczanych do gatunku „speciality”) jest w samej Kolumbii niedostępna. W ostatnich latach sytuacja nieco się polepsza i gdzieniegdzie, zwłaszcza w większych miastach, można natknąć się na kawiarnie/palarnie, które dobrym ziarnem dysponują. Niestety wciąż jest to rzadkość. Oznacza to, że dla miejscowych pozostają często najgorszego sortu ziarna, powstałe z przejrzałych a nawet robaczywych owoców. Te wadliwe ziarna – pasilla– są  (w celu zakamuflowania wad) bardzo mocno palone, a żeby uczynić je pitnymi najlepiej serwować z zabijaczami smaku- czyli mlekiem i cukrem. Stąd też popularne na kolumbijskich ulicach tinto, czy też kawa serwowana do śniadania w hostelach są właściwie niepitne. Warto dodać, że to kiepskie ziarno nie pozostaje wyłącznie na terenie Kolumbii. Jest ono też eksportowane, przesadnie palone i trafia na supermarketowe półki na całym świecie. Nawiasem mówiąc, warto mieć na uwadze, że kilogram dobrego ziarna z małych palarni często potrafi kosztować porównywalnie z supermarketówką, a jakość ziarna jest nieporównywalna. Ale nie o tym miałam pisać…

Zobaczmy skąd się ta cała kawa bierze!

Kolumbia rejony kawowe
Krajobraz Zona Cafetera

W okolicach Salento, i generalnie na obszarze Zona Cafetera, znajduje się sporo plantacji, które można wizytować. Nam czasoprzestrzennie spasowała wizyta w Finca el Ocaso. Położona kilka kilometrów od Salento plantacja, na której kawę uprawia się w sposób ekologiczny.  Na plantacji dostępne są dwie opcje wycieczkowe – podstawowa i rozbudowana. Decydujemy się na full opcję. Ta składa się z dwóch części: najpierw  przewodnik opowiada ogólnie o produkcji kawy, jej gatunkach i o tym jak funkcjonuje plantacja. Potem zgłębiamy wszystkie etapy żywota roślinki kawowej, no i oczywiście oglądamy jak to wygląda w praktyce. Sadzimy nawet swoje ziarenka, jak będą miały szczęście to wykiełkują. Potem czas na zbiory – wyposażeni w specjalne koszyczki ruszamy w krzaki i próbujemy znaleźć jak najwięcej dojrzałego ziarna. Plon nie jest zbyt obfity, co oczywiście nie jest winą naszych kiepskich umiejętności a niskiego sezonu w zbiorach. 

kiełkowanie kawy
Kawowiec w bardzo wczesnym etapie
Kawowe krzaczki
A tak to kwitnie!
Jeszcze zielone…
Kawa owoce Kolumbia
…i już dojrzałe!
Nasze zbiory…

Po zbiorach przechodzimy do obróbki. Oglądamy wszelkie ustrojstwa pomocne w myciu, obieraniu, suszeniu ziaren. Oczywiście, w zależności od preferencji, są różne rodzaje obróbki, a co za tym idzie uzyskuje się ziarna o różnych właściwościach smakowych.

Suszenie ziarenek
Ziarno kawy Kolumbia
Różne oblicza ziarna

W końcu przechodzimy do części degustacyjnej i mini kursu sensorycznego. Najpierw dostajemy specjalne arkusze do wypełniania i pisania różnych mądrych uwag i obserwacji.

Potem dostajemy małe, ponumerowane buteleczki. Naszym zadaniem jest nazwać wyczuwaną woń. Co prawda nie udaje mi się prawidłowo odgadnąć żadnego z zapachów, ale i tak jest fajnie. Potem przechodzimy do organoleptycznych badań samej kawy. Przed nami w filiżankach dwa rodzaje zmielonego ziarna, które również obwąchujemy – na sucho i na mokro, a w końcu smakujemy (oczywiście pilnie notując wszelkie uwagi). Pomiędzy zawartościami filiżanek czuć wyraźną różnice. Okazuje się, że w jednej z nich jest jest pasilla a w drugiej dobrej jakości ziarno.

W końcu czas na degustację miejscowego, świeżo palonego ziarna parzonego w chemexie. Jest dobrze. Na tym kończymy naszą kawową przygodę i wracamy do Salento.

Teraz palmy!

Palmy woskowe mogą mierzyć nawet do 60 metrów, co czyni je najwyższymi przedstawicielami gatunku na świecie. Ich zasięg ograniczony jest do andyjskich terenów centralnej i wschodniej Kolumbii oraz północnego Peru. Jakoże palmy lubię ogromnie, oględziny nie mogły być pominięte. Kolejnego dnia atakujemy więc Dolinę Cocory. W hostelu wypożyczamy kalosze, bo internety mówią, że w Cocorze mogą si przydać (bo błoto i takie tam…). Okazuje się potem, że te kalosze nam zupełnie niepotrzebne, bo dolina jest wyschnięta na wiór. Koniec końców maszerujemy jak pierwszorzędne ‘janusze’ w sandałach do skarpet… Z informacji praktycznych – obcowanie z palmami kosztuje 3000 COP. Uiszczamy opłatę i niebawem znajdujemy się w palmowym raju. Faktycznie, długie te woskowe palmy, że hoho. Robimy obowiązkową sesję fotograficzną i nie zważając na to, że wieje niemiłosiernie, dzielnie pozujemy do zdjęć. Zobaczcie sami jak tam pięknie!

Palmy woskowe

Dolina Cocory

Salento

Uznając, iż optymalny czas obcowania z palmami został osiągnięty, wracamy do Salento. Właściwie to nic o nim nie napisałam, a może i warto, bo samo miasteczko jest całkiem urodziwe. Pełno tam uliczek wypełnionych kolorowymi domkami w stylu kolonialnym. Co prawda wiele z nich służy za sklepiki z pamiątkami i restauracje, ale jeśli odejdziemy trochę dalej od głównego placu miasta, zobaczymy też te zamieszkane, wcale nie gorsze. Warto wyjść też po 253 stopniach prowadzących na punkt widokowy, z którego możemy podziwiać miasteczko i otaczające je góry w pełnej okazałości. Wieczorem warto przysiąść przy którejś z budek z jedzeniem i prowadzić obserwacje ludności.

Centrum Salento

Za komunikację publiczną robią tu takie pojazdy

Santa Rosa

Ostatni dzień w okolicach „kawowych” wykorzystujemy na wizytację kąpielisk termalnych w Santa Rosa de Cabal. Logistycznie jest to nieco skomplikowane przedsięwzięcie: z Salento busik do Pereiry, stamtąd kolejny do Santa Rosa, a stamtąd powinien być jeszcze jeden na same termy. Niby oczekujemy w miejscu prawidłowym, jednak żaden transport się nie objawia. W końcu zagaduje nas jakaś kolumbijska familia, która udaje się tam gdzie i my i zrzucamy się na taksówkę. Co prawda jest nas trochę więcej niż 5 przepisowych sztuk, ale kto by się przejmował – jedziemy! Same kąpieliska położone są w górach, na wysokości ok. 2800 m n.p.m. Woda doprowadzana jest z górskich wodospadów, które otaczają baseny. Generalnie woda ciepła, zimne piwko – można się poczuć jak kuracjusz, więc mimo nieco skomplikowanej logistyki warto się tam wyprawić!

Santa Rosa
Santa Rosa de Cabal termy
Kuracjusze 🙂
0
error: Content is protected !!