Please assign a menu to the primary menu location under menu

Z lisem w plecaku

O lotach, podróżach i innych dziwach. Podróże po świecie, zawsze z lisem w plecaku (i nie tylko!). Podążaj lisim tropem bez wychodzenia z domu!

Japonia

Nara i Himeji – pomysły na jednodniówkę z Kioto

naraihimeji

Dzisiaj będzie o tym, gdzie można się wybrać na jednodniową wycieczkę z Kioto. Do wyboru dwa miejsca: pełna świątyń, pierwsza stolica Japonii – Nara, albo słynące z majestatycznego zamku – Himeji.

Do obu miast dostaliśmy się korzystając z Rail Passa. Nara była faktycznie jednodniową wycieczką z Kioto, Himeji natomiast odwiedziliśmy po drodze na Kiusiu, niemniej jednak można się tam bez problemu wybrać na jednodniówkę z Kioto.

Propozycja 1. Nara

Miasto zostało ustanowione pierwszą stolicą Japonii w roku 710. W związku z tym jest pełna zabytków, głównie buddyjskich monastyrów i świątyń. Jest jednak jeszcze coś, co z Narą kojarzyć może Wam się o wiele bardziej. Są to bowiem…sarenki. Tak właśnie! Nara słynie z tabunów wolnochodzących sarenek (i jelonków). Sarenkowego tematu właściwie nie da się tam uniknąć. Już na dworcu wita nas typowo japoński teledysk z tańczącą sarenką dziękującą nam za przybycie do Nary. Odwiedzamy dworcową informację turystyczna, gdzie pozyskujemy mapę i jesteśmy gotowi do ataku.

Na pierwszy ogień idzie światynia Kofuku-ji z charakterystyczną, wysoką na 50 m pagodą (drugi najdłuższy okaz w Japonii!).

Pagoda w Narze
Oto pagoda

Następnie, położona na uboczu i wolna od turystów, Gango-ji.

Po zwiedzaniu świątyń odbywamy żer w parku (tak, w tym parku rzekomo słynącym z sarenek). Z początku wszystko wygląda standardowo (jak na Japonię) i myślimy, że całe te sarenki to tylko przereklamowany chwyt marketingowy. Jak się jednak okazało, byliśmy po prostu w mniej turystycznej części parku.

Park w Narze
Nara Park

Po przedostaniu się do drugiej jego części, sarenki zaczynają się ukazywać w ilościach narastających proporcjonalnie do ilości turystów. U starszej pani, jakich w parku kilka, nabywamy ciasteczka dla sarenek i zabieramy się za ich karmienie. Początkowo sprawa wydaje się być zabawna, niestety szybko okazuje się, że sarenki są żarłoczne, pazerne i nic nie może stanąć na przeszkodzie ich zachciankom. Nam udaje się wyjść bez szwanku, ale dane nam było obserwować sytuację, gdzie żarłoczna sarenka postanawia pożywić się czyimś ubraniem, nie zwracając w ogóle uwagi na protestującego i próbującego umknąć właściciela (tudzież właścicielkę). Można zobaczyć też, dość przerażający, sarenkowy proces spożycia plastikowej reklamówki (w całości), bądź przygryzania metalowych łańcuchów (bo można).

Jedzonko dla sarenek
Oto one
Sarenki, Nara
Interakcja ze zwierzyną

Pan Sarenka
A tak to się kończy

Z parku (czas obcowania że zwierzyna można uznać za wystarczający, gdy pierwotne entuzjastyczne okrzyki „ooo! sarenka” zmieniają się w „eee sarenka…znowu”) kierujemy się alejką do najbardziej imponującej ze świątyń Nary – Todai-ji. Już z daleka olbrzymia, wybudowana w 752 roku konstrukcja robi wrażenie. Jest to największy drewniany budynek świata (choć tak naprawdę to rekonstrukcja z 17 wieku, a oryginał był o 1/3 większy).

Tak to działa (zero gwoździ!)

W dużym budynku są też duże eksponaty. Największy – 15 metrowy posąg Buddy.

Oto Budda

Co ciekawe, za Buddą znajduje się drewniana kolumna z otworem o takiej samej wielkości jak dziurka w nosie tegoż! Legenda głosi, że tego, kto się przez nią przeciśnie czeka droga na skróty do nirvany…Cóż, ulegając namowom, udało mi się przez nozdrze przecisnąć, ale do tej pory ani nirvany, ani oświecenia nie uświadczyłam (jedyne co uzyskałam po przeprawie to olbrzymi siniak na udzie).

Dziurka (w nosie)

Po tychże przygodach spacerujemy jeszcze do dwóch pobliskich świątyń, mijając po drodze pojedyncze (a jakże) sarenki. W końcu zmęczenie daje o sobie znać. Wracamy więc do centrum miasta, gdzie w jednym z pasaży handlowych raczymy się zimnym piwkiem i oglądamy transmisję z zawodów sumo. W końcu robi się późno i wracamy do Kioto.

Gdzieś w Narze
Dobranoc sarenki!

Propozycja 2. Himeji

Do Himeji docieramy porannym Shinkansenem. Deponujemy dobytek w dworcowych szafkach i ruszamy na podbój zamku. Ten jest widoczny już z daleka. Upał tego dnia jest niesamowity, a na pozbawionym cienia placu przed zamkiem skwar jak na patelni. Szybko nabywamy bilety (1000 jenów/os lub 1020-pare jeśli chcemy odwiedzić też ogrody, wybieramy opcję na wypasie) i eksplorujemy. Mimo dość bajkowego wyglądu, zamek Himeji (nazywany też Zamkiem Białej Czapli) to tak naprawdę forteca obronna. Co ciekawe, przez ponad 400 lat egzystencji, nigdy nie przytrafiły mu się żadne poważne zniszczenia (wyszedł cało i z trzęsień ziemi i bombardowań w czasie IIWŚ), w związku z czym pozostaje w swoim oryginalnym kształcie.

Zamek Himeji
Pierwsze spotkanie

Spacerujmy najpierw po zewnętrznej baszcie, a potem dzielnie wdrapujemy się na kolejne piętra budowli. W środku nie ma rozbudowanej ekspozycji, ale sama konstrukcja robi wrażenie. Cała trasa dość przyjemnie zorganizowana, z opisami po angielsku. W zamku możemy również spotkać emerytów-wolontariuszy, którzy chętnie opowiedzą to i owo.

Zamkowe wnętrza
I widoki

Po udanym szturmie na zamek, kierujemy się ku ogrodom. Są one podzielone na dziewięć części, każda w nieco innym stylu. (m. in. ogród sosnowy, bambusowy, oraz herbaciany – można załapać się na ceremonię herbacianą).

Z lisem w plecaku przez bambusy!

Niestety jednak, głód i upał zmuszają nas do przyspieszenia obchodu. Pora się zbierać. Po drodze na stację zaopatrujemy się więc w supermarketowy lunch i w drogę. Kierunek – Fukuoka!

1